Opowieść w odcinkach

Witajcie,

Z radością  zapraszam  Was do odwiedzania naszej nowej postronki pod hasłem „ Opowieść w odcinkach…”, na łamach której będziecie  świadkami redagowanej  z zapałem opowieści , której narodziny miały miejsce  pewnego jesiennego dnia, podczas zajęć zwanych wprawkami literackimi w klasie nr 14,a wychodzą spod pióra utalentowanej uczennicy kl. 6c Anny Koniecko. Na prośbę koleżanek i kolegów z klasy, Ania przyjęła propozycję dopisania kolejnych części rozpoczętej pracy. Cieszę się, że zgodziła się, by losy jej bohaterów poznał szerszy krąg czytelników…  Proponuję, abyście po zapoznaniu się z treścią , porozmawiali z autorką, może  podpowiecie dodatkowe wątki… Wierzę, że Ania skorzysta z Waszych pomysłów, a  może ktoś z Was odnajdzie na jednej ze stron siebie…

                                                                            Czytajcie z przyjemnością !

 Polecam- Beata Baczyńska - Smyczek

Część 4

opublikowane: 21 maj 2014, 09:10 przez SP 4 Lubań

Witam Was moi mili czytelnicy i po długim okresie oczekiwania prezentuję czwartą i piątą część opowieści Waszej koleżanki Anny Koniecko z kl VIc. Przeczytajcie co czują  główne bohaterki oraz w jakim kierunku rozwija się akcja…

                                                                                                Polecam Beata Baczyńska ­ Smyczek

    

 Kolejne dni mijały zwyczajnie, spokojnie. Dużo rozmawiałyśmy, robiłyśmy sobie mnóstwo zdjęć, oglądałyśmy filmy i wychodziłyśmy na spacery. Przez te dni panowała ładna pogoda, świeciło słońce i ogólnie było przyjemnie. Zdążyłam opowiedzieć Zoe, co się działo kiedy jej nie było, wyjaśniłam jej kto to Lisa i co się wydarzyło w domu pani Franks. Przygotowana byłam na komentarz typu „ Oglądasz za dużo filmów”, lub „Przyśniło Ci się”, ale przyjęła to z powagą, powiedziała, że zawsze ten dom był dla niej "tajemniczy", i że mi pomoże dowiedzieć co się stało.

 

          W tym dniu obudziłyśmy się o 9:15. Strasznie bolały mnie plecy i noga, wstałam tyko, by dać kotu jeść.  Zoe wciąż leżała i obserwowała co robię, zauważyła, że wciąż jestem obolała i lekko kuśtykam.

- Nic ci nie jest?- spytała ochrypniętym głosem.

- Nic- uśmiechnęłam się, wymawiając kolejne słowa chichotałam- jak się spało w ŚPIWORZE..?

-W porządku... A jak z wyrzutami sumienia, że twoja kuzynka musi się męczyć na podłodze, w czasie kiedy ty się wylegujesz na kanapie..?- podniosła brwi, a na jej twarzy pojawił się zuchwały uśmieszek ,którego czasami tak bardzo nienawidziłam...

- Kici.....Kici.... Micky.... Kici....Kici....-nie miałam ochoty dłużej dyskutować z Zoe, więc zawołałam kota teatralnym głosem. Zawsze uważałam, że to całkiem sympatyczny kot,i kiedy nuda uderzała mi do głowy, urządzałam sobie z nim pogawędki.

- Jak będzie głodny to sam przyjdzie- powiedziała  przemądrzała Zoe.

- Nie chcę zagłodzić przyjaciela  babci- pokręciłam głową i zobaczyłam zbliżającego się białego persa , więc nasypałam mu karmy.

- Babcia napisała, że suchej karmy nie zje!-  znów dorzuciła swoje 5 groszy.

- Znam tego kota bardzo dobrze i mówię ci, że zje- pogłaskałam kota, który od razu zabrał się do pałaszowania - widzisz..?

- No...- pokiwała głową.

- Idę do łazienki, a ty wypuść go, jak skończy jeść- odwróciłam się do Zoe i znikłam w drzwiach. Uważam, że cały ten dialog był niepotrzebny, mogłam po prostu wstać i nasypać karmy do miski kota. Miałam przecież ważniejsze sprawy na głowie, niż droczenie się z kuzynką i pokazywanie sobie nawzajem kto tu jest ważniejszy.

                Popatrzyłam  w lustro, moje długie włosy sterczały na wszystkie strony, a duże niebieskie oczy były całe podpuchnięte. Widok ten mnie przerażał, natychmiast sobie uświadomiłam w jakim położeniu się znajduję. Przeczesałam kruczoczarne włosy i weszłam do wanny. Wchodząc do niej zauważyłam, że moje kolana są całe poobdzierane, a ciało pokryły fioletowe siniaki, kilka strupów

i blizn, większość powstała zapewne, gdy uciekałam lub kiedy spadłam ze schodów. Kiedy wyszłam z wody czekało na mnie śniadanie, do którego zachęcał mnie apetyczny zapach gorących tostów.

- Dzięki, ale nie jestem głodna- powiedziałam trochę za bardzo burkliwie, jakby to Zoe była winna wszystkiemu co mnie spotkało, ale to przecież ona była jedyną osobą, która stara się mnie zrozumieć i nie uważa, że najprostszą rzeczą będzie wysłanie mnie do psychologa, który rzekomo miałby mi przywrócić zdolność racjonalnego rozumowania...

- Jak tam chcesz...- odpowiedziała  z udawaną obojętnością, w głębi duszy wiedziałam, że się o mnie troszczy...

- Idę na chwilę do domu- Planowałam powiedzieć to inaczej, ale jej obojętny ton wytrącił mnie z równowagi, miałam ochotę komuś wszystko co się dzieje wygarnąć, wykrzyczeć i być wredna, ale straciłabym wszystko co w obecnej chwili mam- Zoe- tylko ją mam.

- Po co?! Ale Nes...- upuściła widelec, który trzymała w ręce, spojrzała na mnie błagalnym wzrokiem, potrafiłam wyczytać z niej, że w jakiś sposób ją to uraziło. Może chciała, abym najpierw z nią o tym porozmawiała?

- Po moje rzeczy- otworzyłam ze spokojem szafę, a chyba raczej z udawanym spokojem.

- Ale... No masz tutaj wszystko - i znów zaczęła gestykulować.

- Nie. Nie mam tutaj żadnych butów, kurtki, nie mam laptopa, telefonu... Mam wymieniać dalej?- popatrzyłam na nią oczekując, że da mi spokój, w prawdzie nie to chciałam tam znaleźć, lecz coś o wiele bardziej istotnego..

- Dobrze, idę z tobą- oznajmiła stanowczo Zoe, odkładając na stół posiłek.

- Nie prosiłam cię o to.- zmarszczyłam czoło. Sama nie chciałam tam iść, moje poturbowane ciało kompletnie nie dawało mi szans na ucieczkę. Czułam się wychudzona i osłabiona, bałam się zrobić każdy kolejny krok. Miałam wrażenie, że ktoś mnie obserwuję. Chwilami kiedy czułam się bardzo słaba, odczuwałam czyjś baczny wzrok, czyjąś obecność, która miała mi pomóc. Ale w jaki sposób? Kim lub czym jest to uczucie?

 

 

      Szłyśmy szybkim krokiem w stronę domu, zależało nam na tym, aby nikt nas nie zobaczył, miałam na sobie leginsy z motywem goryla i czarną bluzę zakładaną przez głowę z napisem "Never give up ", a najlepsze z tego były wielkie kapcie w kształcie głowy Simpson'a, które z pewnością przykuwały nieproszony wzrok. Zoe ubrała bluzę z bananami, czarne rurki i takie same kapcie jakie miałam na sobie ja.

 Dotarłyśmy do ulicy, przy której mieszkałam, a naszym oczom ukazała się piękna uliczka z ogromnymi domami, całość wyglądała jak z przecudnego filmu. Po dwóch stronach jezdni równiutko porozsadzane były drzewka, nie byłam wcale pewna jakie to drzewa, ale ich jasnoróżowe pąki kwiatów i delikatny zapach zawsze mnie zachwycały. Tuż obok za trawnikiem z drzewkami widać było nietypowy chodnik, który wyglądał jak mozaika, następne ozdobne płoty, z  pomiędzy których  widać czasem było szczęśliwe rodziny jedzące razem obiad na tarasie. Widok ten sprawiał, że się uśmiechałam, zapominałam o tym jak bardzo czuję się samotna i inna… Wyobrażałam sobie, że przy stołach tych rodzin jest jeszcze jedno miejsce- dla mnie. Od małego już wiedziałam, że nie pasuje do świata, w którym żyję, tak jakby ktoś odebrał mi mój kąt i posadził na innym miejscu, wiedziałam, że gdzieś na świecie jest to moje miejsce, tylko, że ktoś nie chce, abym tam była, komuś by to zagrażało…

Patrz!- szarpnęła mnie za rękę i wskazała palcem na znajdujący się w oddali mój dom.

- C O co chodzi?- zmarszczyłam czoło  i przymrużyłam oczy- spytałam Zoe?

- Nie widzisz?!- wyglądała na wystraszoną- W twoim domu pali się światło!

No i co z tego? Niech się pali... Zanim zorientowałam się w czym sens, byłam już sparaliżowana własnym strachem.

- Agnes..! Tam ktoś jest! Nes... Nie wydawało nam się... Tam naprawdę ktoś był!- potrząsnęła mną, w jej oczach kryło się przerażenie, takie jakie widziałam tamtej pamiętnej  nocy.

- Zoe... - wyszeptałam i wzięłam głęboki oddech. Czekała aż coś dalej powiem, ale ja się nie odzywałam więcej.  Zbliżałyśmy się bardzo powoli i niepewnie do domu.

- Co robimy?- była niespokojna i wystraszona.

- Nie wiem...- pokręciłam głową i przygryzłam dolną wargę, czułam się zakłopotana. Po chwili milczenia wpadłam na pomysł, którego sama nie byłam pewna. Dom pani Franks.

- Ale... Ja nie wiem czy to na pewno...- dalej mówiłam nie zrozumiale dla Zoe, ale wiedziałam że za chwilę się dowie o co mi chodzi... tylko że już będzie za późno na jej decyzje- bo nie powinnyśmy, ale ja też muszę... Muszę... Z resztą nie mamy wyboru... bo nie możemy pójść do mojego domu jeśli ktoś tam jest. Ja... Ja i Lisa i... I to wszystko co się działo. Musisz mi zaufać. Nie bój się, bo ja... - denerwowałam się, i czym bliżej domu, tym ciężej było mi złapać oddech. Kiedy na chwilę świat zawirował i wszystko zamazało mi się przed oczami, poczułam się słabo i musiałam oprzeć się o Zoe. Zabolała mnie głowa, poczułam niemiłe dreszcze i ujrzałam liczbę.... 71 Minęło kilka sekund i wszystko wróciło do normy. Nie chciałam, aby moja kuzynka się niepokoiła, więc ruszyłam pewnym siebie krokiem naprzód.

- Nes! O co chodzi?- ponagliła mnie zniecierpliwiona Zoe.

- Za chwilę sama się domyślisz- pociągnęłam ją za rękę i pobiegłam pod drzwi domu pani Franks.

- Poczekaj tutaj chwilkę- zwróciłam się do niej i pobiegłam za dom, do ogrodu.

         Minęło kilkanaście sekund i wróciłam z powrotem w moich rękach brzęczał klucz.  Zoe była najprawdopodobniej oszołomiona, nie odezwała się ani słowem. Otworzyłam drzwi i szybko wciągnęłam ją do środka. Uderzył mnie widok domu wyglądającego jakby nie był odwiedzany od  śmierci pani Elizabeth Franks, skrzywiłam się na myśl, że prócz mnie i Zoe nikt nie wierzy w istnienie Lisy i być może leży teraz gdzieś w piwnicy, wystraszona i cierpiąca głód. Ale co by się stało z jej rodziną?  Wbiegłam po schodach  na pierwsze piętro, Zoe nie chciała zostać sama ,więc pobiegła tuż za mną. Z każdym krokiem ożywały kolejne wspomnienia.  Podeszłam do okna, z którego widok był wprost na mój dom.

- Agnes po co my tu w ogóle jesteśmy?!- Zoe krzyknęła do mnie.

- Spójrz....- odchyliłam zakurzoną firankę.  Przyglądałyśmy się uważnie oknu w kuchni mojego domu, nagle zobaczyłyśmy cień człowieka w szybie. Przeraziłam się, kiedy w oknie zobaczyłam patrzącego na wprost nas mężczyznę. Zabrakło mi tchu, serce waliło mi jakby miało za chwilę wyskoczyć z mojego ciała. 

 

Część trzecia

opublikowane: 13 sty 2014, 09:49 przez SP 4 Lubań

     Witajcie ,

 przed Wami trzecia część  opowieści Anny Koniecko z kl. VIc .

Przeczytajcie, gdzie noc pełną strachu w wyniku nieoczekiwanych wydarzeń spędziły dziewczęta….  Zdradzę Wam jeszcze ,że czwarta cześć już czeka na prezentację, za kilka dni dotrze do Was !

 

 Polecam Beata Baczyńska- Smyczek 

 

        Było mi zimno, Zoe zapewnie też. Miałam na sobie granatową koszulę nocną w białe groszki do kolan, a ona krótkie szare spodenki od piżamy i szarą bluzkę z krótkim rękawem i fioletowym kotem.

- Zimno mi- skrzyżowałam ręce. Miałam gęsią skórkę, i dostrzegłam ją także u Zoe.

-Mnie też, chyba zamarzam !- szczękała zębami jak po wyjściu z lodowatej wody- w babci szafie na pewno są jeszcze nasze ubrania- popatrzyła się na mnie z nadzieją, że jeszcze tam pójdziemy.

 

     To prawda babcia miała trzy wielkie szafy z ubraniami. W pierwszej znajdowały się  te, których już nie nosi, ale szkoda  jej  wyrzucić . W drugiej z duma wisiały aktualne babcine zbiory, natomiast w trzeciej ubrania po dziadku, który nie żyje już od sześciu lat.

 

- Pewnie tak...- zastanawiałam się czy może jednak  tam pójść?

- A chcesz tam iść?

- Chyba... Sama nie wiem, z jednej strony bardzo, ale z drugiej  nie chcę jej budzić!

- Hm... W sumie  możemy tam pójść, wcale jej nie budząc...- mam wrażenie ,że mnie samej  nie podobał  się ten pomysł.

- Co?! Chcesz się włamać do domu swojej własnej babci?! Zwariowałaś?! -zbulwersowała się nieco moim pomysłem

- A jak przestraszy się tak samo jak my i coś jej się stanie... Poza tym jak ty to sobie wyobrażasz... Wybijemy jej okno w kuchni?!

- Dobrze! Nie krzycz!- uspokoiłam ją- Więc dobrze... możemy ją obudzić.

- OK- na jej bladej twarzy pojawił trudny do odczytania wyraz, który przypominał zuchwały uśmiech.

- Ale ona nie będzie zła, ona nas kocha nad życie... A poza tym to ja mam klucz i babcia powiedziała ,że mogę wpadać, kiedy chcę…

- Ale teraz nie masz go przy sobie- szłyśmy w stronę domu babci.

-   Klucz jest zawsze pod wycieraczką !

- Aha- teraz najwyraźniej się nad czymś zastanawiała, chyba nad moim pomysłem- może masz rację.... Nie chcę jej wystraszyć !

- Daj spokój... Tylko wejdziemy, weźmiemy jakieś ciuchy i wyjdziemy.

- OK, ale jeżeli coś się stanie to ostatni raz ci uległam- była zdenerwowana, ponieważ znowu zaczęła nieświadomie gestykulować

- A… i  codziennie rano przynosisz mi śniadanie do łóżka oraz robisz to co ci każę. –zachichotała.

- No dobra, ale zapewniam cię ,że nic się nie stanie... Z resztą co mogłoby się stać..?

 

 

                     Znalazłyśmy się właśnie pod drzwiami domu babci, wyciągnęłam klucz , który drzemał pod wycieraczką i po omacku wyszukałam ręką klamkę, ciężko było znaleźć zamek, ale  udało się ! Otworzyłam bezszelestnie drzwi i weszłyśmy do środka.

- Babciu..!- wykrzyknęła Zoe

- Cśś... Co ty robisz! - zmarszczyłam z wściekłością czoło.

- Przepraszam, ale nie mogłabym tak bardzo ryzykować- chwyciła mnie za ramiona.

- "Ryzykować"?!- byłam na nią tak wściekła, że miałam ochotę rzucić lampką, która stała na komodzie obok drzwi.

- . Nic nie rozumiesz...- rzuciła w moja stronę pretensjonalne spojrzenie.

- Więc mi wyjaśnij. - wciąż byłam na nią zła.

- Ach...! Już nie pamiętasz jak się wystraszyłyśmy jakieś 15 minut temu?!- następne słowa wymawiała z taką troską, że zrobiło mi się szkoda babci, a to jest starsza kobieta.... Ona przecież mogłaby dostać zawału, a  wtedy byśmy ją miały na sumieniu.

- Babciu..!- zawołałam niechętnie.

- Chyba jej nie ma !

- Ale gdzie ona mogłaby być o.... no właśnie która godzina?

- Nie wiem... W kuchni jest zegarek, sprawdzę. – oznajmiła Zoe.

- Dobrze, a ja zobaczę czy  babcia śpi  na górze.

 Wbiegłam szybko po przerażająco skrzypiących schodach na górę, rozejrzałam się i zapaliłam światło, dom babci był mały w porównaniu do olbrzymich domów przy ulicy ,na której mieszkałam. Na górze znajdował się tylko jeden pokój, który był elegancką sypialnią babci. Tam jej nie było.

- Na dole jej nie ma, jest już po północy, a dokładnie to 6 minut !- usłyszałam wołanie Zoe z dołu - Chodź tutaj!

- Tutaj też jej nie ma!- odpowiedziałam i zbiegłam po schodach, licząc każdy schodek, kiedy nagle pośliznęłam się na ósmym z piętnastu schodków i runęłam z hukiem na zimne kafle podłogowe. Poczułam potworny ból, który nie pozwolił mi krzyknąć... Jedynie cicho jęknęłam, nie mogąc się poruszyć.

- Co się stało?!- przybiegła z kuchni wystraszona Zoe-  Agnes żyjesz?!

- Au... Chyba tak... Ale boli... Strasznie boli.

- Chodź wstawaj...- zmartwiona wyciągnęła do mnie rękę, zupełnie nie wiedząc co robić!

- Nie. Za bardzo boli...- skrzywiłam się

- Rozumiem...  Zapalę lepiej światło- ruszyła niepewnie w stronę wyłącznika światła i nacisnęła go. Po chwili było już jasno, co ucieszyło mnie i przez ułamek sekundy zapomniałam o bólu - Możesz już wstać..?- zaniepokoiła się.

 Pokiwałam tylko  głową co niespodziewanie sprawiło mi ogromny ból, którego nie chciałam okazywać. Zoe podeszła i podniosła mnie z podłogi. Ona jest naprawę silna... o wiele silniejsza ode mnie, a wcale nie sprawia jej to satysfakcji, bo wie że jeśli będę trenowała, to też taka mogę być...  Spróbowałam zrobić kilka kroków, ale miałam wrażenie że upadnę, cała się trzęsłam i byłam oszołomiona. Zoe spojrzała na mnie ze współczuciem, oparła moją rękę o swoje ramię i powoli udałyśmy się do kuchni. Szłam kulejąc, a każdy krok sprawiał mi ból. Posadziła mnie na kanapie i podała kartkę nie mówiąc ani słowa .

 

 

                                                                                                        

                                                                                                                   21 lipca 2012

                       Kochane- Zoe i Agnes

  Zapewne przyszłyście tu razem, więc zwracam się do was dwóch.

Domyśliłam się, że przyjdziesz przyjdziecie tu po swoje ubrania Zoe (są w szafie po lewej) , wiec zostawiłam wam ten list, pojechałam na krótkie wczasy (tylko nie mówcie mamie, jeśli nie chcecie udać się do szkoły z internatem!) za tydzień wrócę, przez ten czas możecie tu mieszkać, drugi klucz jest w szafce nad mikrofalówką! w lodówce macie jedzenie, jeśli czegoś potrzebujecie to wszystko znajdziecie u mnie. Czujcie się jak u siebie w domu. Zostawiłam wam na lodówce 150zł , podzielcie się, mam nadzieję, że Wam wystarczy J, Jak coś się niepokojącego wydarzy to dzwońcie. Nie przestraszcie się skrzypiących w nocy schodów (to tylko kot).

Jeśli możecie tu zostać, to karmcie Micky trzy razy dziennie (suchej karmy nie zje!), a  jedzenie dla niego jest w szafce koło piekarnika. Ten kot ciągle rozrabia, więc miejcie go na oku.

                                                          Wasza babcia Linda

PS. Nie spalcie mi domu!                                                                     .

 

    Szybko przeczytałam zawartość kartki, zastanawiając się, gdzie pojechała i  po co? Dlaczego  miałybyśmy u niej mieszkać? Akurat dobrze się nam trafiło, bo po tym co się dzisiaj w nocy stało, nie czułabym się tam bezpieczna.

- Więc zamieszkamy tu przez najbliższe kilka dni?- spytała Zoe

- Tak.- odparłam- a teraz idziemy spać, jutro znajdziemy sobie ubrania.

- Kiedy to  napisała?- popatrzyła się na kartkę, którą trzymałam w ręce.

- Chyba wczoraj-odparłam- nie liczę dni w wakacje !

- Jestem głodna- jak na zawołanie zaburczało nam w brzuchach- sama słyszysz.

- Ja też, ale musimy  spać- byłam strasznie zmęczona, więc nie chciało mi się rozwijać odpowiedzi.

-  Po tym wszystkim, to ja na pewno nie zmrużę oka.

- Jeszcze zobaczymy...- uśmiechnęłam się i położyłam na kanapie, co sprawiło mi  ponownie ból.

- Na górze będzie ci wygodniej!

-  Ja po tych schodach już nie wchodzę...- zachichotałam żałośnie- a przynajmniej nie dzisiaj...

- To ja zrobię nam kanapki i pójdę na górę- otworzyła lodówkę i wyciągnęła z niej już gotowe kanapki z białym serem .

- Proszę zostań tu ze mną...- zamknęłam oczy.

- OK. Położę się na... - rozejrzała się po pokoju- na... fotelu albo na dywanie...

- W szafie jest śpiwór.... Jest też gdzieś materac.

- Dobrze. Babcia już wcześniej przygotowała dla nas kanapki. Chcesz?- spytała, podnosząc talerz do góry.

- Dwie-uśmiechnęłam się, a  Zoe podała mi talerzyk i poszła, po chwili wróciła ze śpiworem i rozłożyła go na podłodze. Zjadłyśmy kanapki i zasnęłyśmy.

Część 2

opublikowane: 11 lis 2013, 23:45 przez SP 4 Lubań

  Witajcie,

 Przed Wami druga część opowieści Ani Koniecko z kl. 6c, pojawia się nowa bohaterka,  akcja trzyma odbiorcę w napięciu… Nic więcej nie zdradzę- Sami przeczytajcie…

 Polecam- Beata Baczyńska -Smyczek

 

 Agnes biegła przez ciemny las , światło księżyca przebijało się przez drzewa, tworząc przeraźliwe cienie. Słyszała za sobą czyjeś kroki, gonił ją wysoki mężczyzna ubrany cały na czarno, więc trudno było go zauważyć w mroku nocy. Agnes nie widziała jak wygląda, ponieważ bała się odwrócić... Wiedziała jednak, że jest silny i gdyby ją złapał nie miałaby żadnych szans.

            Serce dziewczyny waliło jak  oszalałe, przez chwilę zabrakło jej powietrza i zakręciło się w głowie. Nagle straciła równowagę, potykając się o konar wystający z drzewa. Upadła na jeszcze wilgotną ziemię po deszczu. Próbowała wstać, ale nogi odmawiały posłuszeństwa.

-Agnes..! Wstawaj..! Szybko, biegnij! Agnes!

    Usłyszała krzyk Lisy, nie wiedziała skąd on dochodzi, ale była pewna, że to właśnie jej głos. Przez chwilę próbowała odnaleźć przyjaciółkę wzrokiem... Gdy nagle czyjeś potężne, silne ręce chwyciły ją za ramiona. Dziewczyna zamarła ze strachu.

 

      Obudziłam się oblana zimnym potem, w pierwszej chwili byłam kompletnie zdezorientowana, jeszcze nic nie widziałam i przez chwilę nie wiedziałam, gdzie jestem, dopiero jakiś czas później uświadomiłam sobie, że jestem w moim pokoju i że to był tylko sen. Po omacku sięgnęłam po wyłącznik lampki na stoliku nocnym przy łóżku. Włączyłam lampkę i się nieco uspokoiłam. Kilka minut siedziałam bez ruchu, wpatrując się w sufit.

- Jeszcze jeden taki sen  i zwariuję... -poinformowałam ściany w pustym pokoju- Jak ja ich nie znoszę... Ostatnio ciągle śnią mi się takie sny, a potem budzę się przerażona i uświadamiam sobie, że to tylko sen... Ile ja bym dała, żeby była wtedy przy mnie mama... Niestety moi rodzice wciąż pracują lub wyjeżdżają w delegacje, a ja  wtedy zostaję w domu sama. Przyzwyczaiłam się już do tego i  daje sobie świetnie radę! Inni rodzice pewnie by nie zostawili swojego dziecka bez opieki na  dwa tygodnie... ale  nie moi.

        Po kilku minutach  bezruchu poczułam się głodna. W końcu postanowiłam zejść  do kuchni w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Nie chciało mi się schodzić ze schodów, więc pomyślałam, że zjadę po poręczy, oczywiście nigdy przedtem nie zjeżdżałam z niej, więc nie  byłam pewna czy mi się uda.... W najgorszym przypadku... Nie! Nie chcę myśleć co by się mogło stać, w końcu z natury podobno jestem strasznie bezmyślna...

- Dobra raz kozia śmierć ! - wzięłam głęboki wdech i usiadłam na niej. Wydawała się dość stabilna, wiec nie było mowy o zawaleniu się jej lub przewróceniu. Ponownie wzięłam wdech i już chciałam się odepchnąć... gdy nagle pomyślałam, że będzie bezpieczniej, gdy przy końcu poręczy pojawi się materac. Zeskoczyłam i zawróciłam w stronę mojego pokoju, odruchowo spojrzałam na godzinę. Była  5:33 -  niedziela, z resztą to były wakacje, więc dzień tygodnia nie miał dla mnie najmniejszego znaczenia. Rozejrzałam się po pomieszczeniu, wszystko w moim pokoju było białe i lawendowe, z wyjątkiem turkusowych poduszek na ogromnym łóżku z rozkopaną przeze mnie kołdrą, i dużego futrzanego dywanu. W całym domu dominował kolor biały, beżowy i granatowy,  a to dlatego,  że moja mama jest słynną projektantką mody i wnętrz, często jeździ na różne pokazy i to właśnie dlatego wiecznie nie ma jej w domu... Ale kiedy już przyjedzie, cały czas poświęca dla mnie, zapominając całkowicie o tym, że sama potrzebuje odpocząć !

         Nigdzie nie mogłam znaleźć materaca, więc wzięłam  ten z   łóżka dla gości ,  w którym z resztą i tak od dawna nikt nie spał ! Zbiegłam po schodach w dół i rozłożyłam go na podłodze... Przypomniał mi o głodzie burczący brzuch, wyciągnęłam z lodówki kanapki zrobione poprzedniego dnia. Usiadłam przy stole powoli przeżuwając kanapkę z masłem orzechowym, usłyszałam dzwonek do drzwi… Zerwałam się na równe nogi i popędziłam z kanapką w ręku w ich stronę. Za drzwiami stała przemoczona do suchej nitki moja kuzynka Zoe, otworzyłam jej w pośpiechu.

 

- Cześć! Mam nadzieję, że cię nie obudziłam- wysapała z trudem łapiąc powietrze o dwa miesiące starsza ode mnie Zoe,

- Nie, nie obudziłaś. Wejdź- uśmiechnęłam się do niej  coraz szybciej przeżuwając kanapkę.  Jeszcze raz na nią popatrzyłam, jej jasne, mokre włosy przyklejały się do czerwonej od biegu twarzy, teraz ciemne oczy należące do dziewczyny wydawały się prawie czarne !

-  Zdejmij lepiej te przemoczone ubrania, a ja ci zaraz przyniosę coś z mojej szafy... -pobiegłam znowu na górę. Kiedy wróciłam Zoe dopiero zdejmowała buty, szczękając przy tam głośno zębami.

- No pośpiesz się, bo zaraz  mi tutaj zamarzniesz!- zachichotałam i podałam jej ręcznik oraz poskładane w kostkę ubrania.

- Dzięki- Zoe szybko zdjęła koszulkę, rzuciła ją na podłogę i  sprawnie owinęła się ręcznikiem.

- Pójdę jeszcze po suszarkę, a ty ubierz to co ci przyniosłam- skierowałam się w stronę łazienki i zaczęłam szukać. Wróciłam do niej z suszarką w ręku, a ona była już ubrana w obcisłe dżinsy, białą koszulkę i luźny beżowy sweterek  zapinany na guziki, który sięgał do połowy jej ud.

- Ale leje...-wyjrzałam przez okno,  Zoe wzięła w tym czasie ode mnie suszarkę i zaczęła suszyć włosy.

- A tak właściwie to  cię do mnie sprowadza o tej porze?-spytałam unosząc lekko brwi.

- Jak to... to ty o niczym nie wiesz?- zdziwiła się.

- Ale o czym..?

- Przyjechałam z mamą na kilka dni do babci, jednak dziś mama jedzie z powrotem do Kanady i zostawia mnie u ciebie- wyjaśniła spokojnym głosem-spędzę u ciebie resztę  wakacji... , a może zostanę dłużej? Nasze mamy się już dawno dogadały,  stwierdziły, że będziemy razem bezpieczne.

- O ile się nie poobracamy na siebie po kilku dniach- zachichotałam.

- Mam nadzieję, że nie... W końcu zawsze się ze sobą jakoś dogadujemy...- uśmiechnęła się.

- Tylko nie przestrasz się jak obudzę się z krzykiem...  Ostatnio robię to dosyć często!

- Szybko się przyzwyczaję…-zmarszczyła czoło i pojawił się na jej twarzy ironiczny uśmiech .

- Och... nie mogę się doczekać, a właśnie! Chodź!- szarpnęłam ją za koszulkę i wbiegłam po schodach w górę- No chodź..!- ponagliłam Zoe.

- Co ty już  kombinujesz?- zaśmiała się i w mgnieniu oka pojawiła się obok mnie.

- Będziemy zjeżdżać po poręczy- oznajmiłam,  w tym momencie na mojej twarzy pojawił się zuchwały uśmieszek.

- Jak to BĘDZIEMY? -  wyraźnie podkreśliła ostatnie słowo - My..?

-Dokładnie! -usiadłam na poręczy, przy niej nie bałam się tak jak wcześniej... Odepchnęłam się i błyskawicznie znalazłam się na końcu schodów.

 -Żyję! -zaśmiałam się i sama się zdziwiłam, że wypowiedziałam to z takim niedowierzaniem.

-Widzę. – kuzynka spojrzała na mnie w lekką pogardą.

 

 Ten dzień minął nam bardzo szybko.... Nie robiłyśmy nic nadzwyczajnego, po prostu zwykłe popołudnie. Leżąc na łóżku obok Zoe, spojrzałam na zegarek. Była 23:47, za oknem byłoby już całkowicie ciemno, gdyby nie lekkie przebłyski latarni. W domu panowała całkowita cisza. Jednak coś ciągle nie dawało mi zasnąć. Byłam ciekawa czy Zoe już śpi, ale postanowiłam leżeć w ciszy i bezruchu. Zamknęłam powieki i starałam się zasnąć, kiedy nagle usłyszałam głośny huk. Serce przez chwilę stanęło mi w gardle, byłam oszołomiona, a w  mojej głowie panował chaos.

- Zoe..?- miałam ochotę to wykrzyczeć, ale ostrożnie wyszeptałam-Śpisz..?

- Nie. - odpowiedziała jeszcze cichszym szeptem, usłyszałam w jej głosie

 przerażenie- Nie Agnes... nie śpię.

- Czyli sły...-kiedy nagle przerwała mi w połowie zdania

- Cicho! - wypowiedziała to tak gwałtownie, że nie zdążyłam zareagować na jej dłoń, która szybko zasłoniła mi usta. Czekałam, aż pozwoli mi się odezwać, ale zrozumiałam ,że szybko nie puści, a przynajmniej dopóki nie upewni się, że nic się nie stało i że niepotrzebnie spanikowałyśmy.

 Po chwili usłyszałam dźwięk rozbijanej szyby.   Odruchowo ścisnęłam Zoe za jej chudą rękę, mój oddech nieco przyśpieszył i z trudem przełknęłam ślinę. Serce ponownie stanęło na dwie sekundy i gwałtownie zaczęło walić jak gdyby zostało uwięzione i nie mogło ruszyć.  Bicie mojego serca dawało takie odgłosy, że ona też  musiała je słyszeć. Bałyśmy się odezwać. Czekałyśmy, aż coś się wydarzy, aż sparaliżowane ciała odpuszczą i będziemy mogły się ruszyć. Czekałyśmy aż rozum da nam myśleć. Czekałyśmy…

             W końcu Zoe odwróciła się do mnie i wymówiła słowa jakby bez dźwięku "Uciekajmy".

Spojrzałam na nią przerażona i niepewna tego czy dobrze ją zrozumiałam. Chciałam wydobyć z siebie lawinę pytań  "gdzie?" "jak? teraz?" "którędy?". ale wiedziałam .że ściśnięte gardło nie da mi nic powiedzieć! Nagle usłyszałyśmy cudze kroki na domowych schodach. Miałam wrażenie, że duszę się ze strachu.  Zoe chwyciła mnie za rękę i pociągnęła do okna.

-Zwariowałaś?! -popatrzyłam na nią zawiedzionym wzrokiem- Mamy skoczyć z pierwszego piętra?!

-A masz lepszy pomysł? -Zoe zazwyczaj spokojna i opanowana w tamtej chwili była potwornie zdenerwowana.

- Nie. Nie będziemy skakać...

                 Kroki było słychać coraz głośniej, w pośpiechu otworzyłam na oścież okno i zwinnie przeskoczyłam na druga stronę, siadając na parapecie. Za mną wdrapała się Zoe.  Próbowała przyciągnąć zasłony i  przymknąć okno, tak aby nie było widać, że ktoś przez nie wychodził. Znów byłyśmy sparaliżowane strachem...

-Boję się.- pozwiedzałam bliska już płaczu.

Zoe nie zaszczyciła mnie odpowiedzią, przerażona siedziała w milczeniu. Widziałam na jej twarzy walkę z samą sobą, by tylko zachować spokój, wyglądała na zmieszaną. Popatrzyłam w dół, było ciemno, więc nie mogłam dostrzec wielu rzeczy i na dodatek widok zasłaniały mi gałęzie drzewa, które rozłożyły się tak blisko domu, że miałam wrażenie jakby  wpadały do  środka pokoju. Nagle przypomniało mi się  chwile  jak  byłam mała, wtedy  budowałam z tatą i Zoe niby  domek na drzewie. Pamiętam, że   budowałam schodki do tego domku oraz  "tajemne" przejście z ogrodu do pokoju, tato przybił mi deski do ściany, abym mogła po nich bezpiecznie  wdrapywać się do pokoju  niczym po ścianie do wspinaczki. I to była myśl, która pojawiła się w najbardziej odpowiednim momencie! Wyszukałam nogą pierwszej, starej już deski, oparłam o nią nogę i zaczęłam szukać drugiej, tak było i z trzecią, z czwartą i piątą... Szusta odpadła ,ale na szczęście  stamtąd mogłam już zeskoczyć.  I tym oto sposobem znalazłam się  na ziemi. Zoe przypatrywała mi się uważnie, kiedy nagle usłyszała otwierające się drzwi do mojego pokoju, więc  w mgnieniu oka znalazła się na ostatniej desce. Nadal nic nie mówiłyśmy, ponieważ ktoś kto teraz znajdował się  w moim pokoju mógł nas usłyszeć. Popędziłyśmy ile sił w nogach  wzdłuż drogi, kilkakrotnie się potykając przez kapcie. Tak naprawdę to nie wiedziałyśmy dokąd  pędzimy, ale chciałyśmy być jak najdalej od domu.

 

                Przebiegłyśmy już jakieś osiemset metrów, ale strach przezwyciężał  zmęczenie, więc się nie zatrzymywałyśmy. Po prostu biegłyśmy. Starałyśmy się trzymać blisko siebie, a kiedy zobaczyłyśmy, że pas latarni już się kończy i zaczyna się robić  całkiem ciemno, do tego byłyśmy  już mocno zmęczone, złapałam Zoe za nadgarstek. Skręciłyśmy w najbliższą alejkę, niestety nie wiedziałyśmy, gdzie jesteśmy. Próbowałyśmy odszukać nazwy alejki ,ale było tak ciemno, że liter nie było widać. Postanowiłam , że ruszymy wzdłuż alejki, nagle spostrzegłam, że  światła pobliskich domów reagują na ruch,  jeśli ktoś przechodzi koło domu lampa się zapala. Dzięki temu mogłam dostrzec litery na tabliczce z numerem domu przy którym się znajdowałam " 11a Sharley".... "9a Sharley"... "7a Sharley"... " 5a Sharley" tam mieszkała moja babcia i to właśnie tam Zoe zatrzymała się na kilka dni.

- "5a sharley"!- krzyknęłam okropnie  głośno do znajdującej się o jakieś  pięć  metrów ode mnie Zoe.

- Tam mieszka babcia!- ucieszyła się Zoe- Co za ulga...

- A co ci  to da..?- wzruszyłam ramionami.- Chyba nie przyjdziesz do niej w środku nocy i nie powiesz " Część babciu! Postanowiłam cię odwiedzić" albo " Hej... przepraszam ,że cię budzę ,ale nie mogłam zasnąć"?!

 - A dlaczego nie, możemy powiedzieć prawdę?- zmarszczyła czoło- Nic przecież nam nie zrobi, a nawet powie, że dobrze zrobiłyśmy, przychodząc z tym właśnie do niej.

- Naprawdę...?! Wierzysz w to co mówisz?!- zdenerwowałam się- Nie, nie możemy powiedzieć prawdy!

- Ale dlaczego?!- była równie zdenerwowana jak ja.

- A dlatego, że wtedy wszyscy będą się o nas martwić i wyślą nas do szkoły z internatem!

- No... i co z tego?- ponownie zmarszczyła czoło.

-"No i co z tego"?!- byłam naprawdę mocno zdenerwowana, podeszłam bliżej, prawie  tak, że mogłabym ją dotknąć na wyciagnięcie ręki-... do SZKOŁY z INTERNATEM w WAKACJE!

-Wiesz..? Wolałabym być w tej szkole z "INTERNATEM", niż co noc biegać w piżamie po ulicy lub tylko czekać aż  nam się coś stanie!- była już bliska płaczu.

- A ja nie!- uspokoiłam się trochę, ale wciąż byłam zła... Nie wiem na co !

- Teraz idę do babci. A ty jak chcesz to sobie tak stój i czekaj aż... Aż  nie wiem... -wymachiwała chaotycznie rękami, jak zwykle kiedy się denerwuje.

- Przepraszam...- spuściłam głowę- Nie możesz do niej iść w środku nocy... Nie budź jej.

- Racja... Ja też powinnam cię przeprosić -wciąż w jej oczach wzbierały się łzy, a mi było smutno....Strasznie smutno z tego powodu, i nie tylko…

-Wiem...  co czujesz, ale wyjaśnienia później ,teraz musimy coś wymyślić.

-Nie możemy tak stać na środku ulicy w piżamie i krzyczeć na siebie z byle powodu...-pokiwała głową  i przytuliła mnie.

- Wracamy do domu..?- spytałam niepewnie.

- A jeśli ktoś tam jest?- w jej oczach znów pojawił się strach.

 

W domu pani Franks

opublikowane: 11 lis 2013, 23:42 przez SP 4 Lubań

Historia którą wam teraz opowiem, jest naprawdę dziwna..... Od czasu tego zdarzenia, gdy śpię, śni mi się Lisa, dom pani Franks, jej kot i liczba 71....

Wydaje mi się też, że ten kot przychodzi teraz pod mój dom i miauczy jeden raz. Posłuchajcie …

Dziesięć lat temu zmarła pani Franks, była to samotna starsza pani, rzadko ktoś ją odwiedzał, ponieważ krążyły o niej w mieście różne przerażające plotki... Kiedy odeszła miała 71 lat, nie wiadomo do tej pory z jakiej przyczyny zmarła.

Została pochowana w miasteczku u nazwie Riwenross, podobno każdego wieczoru na jej grób, przychodzi jej kot i miauczy po siedem razy, tak czyni każdego dnia od dziesięciu lat…  Od śmierci pani Franks dom stoi pusty i nikt w nim nie zamieszkał.

Jakieś dwa miesiące temu wprowadziła się tam rodzina Hawardów.  Lisa Haward to szczupła i wysoka czternastolatka z długimi czarnymi włosami, brązowymi oczami i bladą cerą. Ma ośmioletniego brata o imieniu Mike, który jest niskim, piegowatym szatynem. Jest jeszcze z nimi siostra Mila, miła dwudziestolatka.

Pewnego dnia spotkałam Lisę .

-Cześć!- uśmiechnęłam się do niej.

-Hej!- odpowiedziała.

-Jestem Agnes ,  mam 16 lat... i mieszkam naprzeciwko- przedstawiłam się.

-Ja mam....

-Tak wiem... Lisa i masz 16 lat. Całe miasto o was mówi-przerwałam jej.

-Dlaczego.....?-spytała.

-Ech.... nieważne, słuchaj za tydzień mam urodziny, co prawda nie urządzam przyjęcia, ale chciałabym, żebyś do mnie przyszła-zaproponowałam.

-Jasne, przyjdę!- uśmiechnęła się i poszła dalej.

Uważam, że Lisa jest trochę dziwna, ale w sumie rozmawiałam z nią tylko chwilę, więc może tak naprawdę mogłabym się z nią zaprzyjaźnić?  Mimo wszystko chciałabym ją poznać  bliżej.

Kilka tygodni później byłyśmy wieczorem same  w domu Lisy, dokładnie w jej pokoju…

-Hej Lisa!...Co to jest?- wskazałam na dziwny otwór w ścianie, który przypominał drzwi dla jakiegoś małego człowieczka.

-Nie wiem,  mieszkam tu od niedawna, więc nie byłam jeszcze w każdym pomieszczeniu, a jak widzisz, jest ich naprawdę bardzo wiele. Niektóre drzwi są zamknięte na klucz i wyglądają wręcz, jak gdyby nie były otwierane od setek lat, Mila powiedziała, że już wkrótce je otworzymy-oznajmiła Lisa.

-Chodź! Sprawdzimy co tam jest!- pociągnęłam Lisę za rękę. Tak, to jakieś drzwi. Za drzwiczkami było ciemno, wiec nic nie widziałam…

-Wchodzimy?- spytałam.

-Skąd wiesz, że akurat tam się wchodzi? -popatrzyła na mnie śmiejąc się. Weszłam pierwsza, chociaż nic nie widziałam,  domyśliłam się, że wokół mnie tylko roi się od pająków i nietoperzy.... i  to pewnie wyjątkowy strych, ponieważ  pokój Lisy znajdował się na drugim piętrze.

Zaraz za mną weszła Lisa, trzymałam wyprostowane ręce przed sobą, by na nic nie wpaść, czułam tylko jak zrywam olbrzymie pajęczyny oraz , że mam ich mnóstwo na twarzy.... , a gdy tylko pomyślałam sobie, że właśnie w tej chwili może chodzić po mnie jakiś obrzydliwy pająk.... robiło mi się słabo, te myśli przyprawiały mnie o dreszcze. Nagle usłyszałam krzyk i wtedy serce stanęło mi w gardle.....

Dalej nic już  nie pamiętam, ale wiem, że to wcale mi się nie przyśniło... Wszyscy twierdzą, że dom pani Franks jak stał opuszczony tak i nadal stoi.... Więc czy ta rodzina mi się przyśniła? Czy  miałam zwidy? I niby byłam sama w tym domu i mówiłam do siebie?!

Wciąż dręczą mnie te pytania i mnóstwo innych. I nadal gdy przechodzę tą trasą pojawia mi się przed oczami liczba 71.... Czyli tyle ile miała lat pani Franks, gdy zmarła,  tyle ile minęło czasu od wprowadzenia się rodziny Hawardów do tego domu. Postanawiam  sprawdzić co się stało z Lisą.

1-4 of 4