Część 2

opublikowane: 11 lis 2013, 23:45 przez SP 4 Lubań

  Witajcie,

 Przed Wami druga część opowieści Ani Koniecko z kl. 6c, pojawia się nowa bohaterka,  akcja trzyma odbiorcę w napięciu… Nic więcej nie zdradzę- Sami przeczytajcie…

 Polecam- Beata Baczyńska -Smyczek

 

 Agnes biegła przez ciemny las , światło księżyca przebijało się przez drzewa, tworząc przeraźliwe cienie. Słyszała za sobą czyjeś kroki, gonił ją wysoki mężczyzna ubrany cały na czarno, więc trudno było go zauważyć w mroku nocy. Agnes nie widziała jak wygląda, ponieważ bała się odwrócić... Wiedziała jednak, że jest silny i gdyby ją złapał nie miałaby żadnych szans.

            Serce dziewczyny waliło jak  oszalałe, przez chwilę zabrakło jej powietrza i zakręciło się w głowie. Nagle straciła równowagę, potykając się o konar wystający z drzewa. Upadła na jeszcze wilgotną ziemię po deszczu. Próbowała wstać, ale nogi odmawiały posłuszeństwa.

-Agnes..! Wstawaj..! Szybko, biegnij! Agnes!

    Usłyszała krzyk Lisy, nie wiedziała skąd on dochodzi, ale była pewna, że to właśnie jej głos. Przez chwilę próbowała odnaleźć przyjaciółkę wzrokiem... Gdy nagle czyjeś potężne, silne ręce chwyciły ją za ramiona. Dziewczyna zamarła ze strachu.

 

      Obudziłam się oblana zimnym potem, w pierwszej chwili byłam kompletnie zdezorientowana, jeszcze nic nie widziałam i przez chwilę nie wiedziałam, gdzie jestem, dopiero jakiś czas później uświadomiłam sobie, że jestem w moim pokoju i że to był tylko sen. Po omacku sięgnęłam po wyłącznik lampki na stoliku nocnym przy łóżku. Włączyłam lampkę i się nieco uspokoiłam. Kilka minut siedziałam bez ruchu, wpatrując się w sufit.

- Jeszcze jeden taki sen  i zwariuję... -poinformowałam ściany w pustym pokoju- Jak ja ich nie znoszę... Ostatnio ciągle śnią mi się takie sny, a potem budzę się przerażona i uświadamiam sobie, że to tylko sen... Ile ja bym dała, żeby była wtedy przy mnie mama... Niestety moi rodzice wciąż pracują lub wyjeżdżają w delegacje, a ja  wtedy zostaję w domu sama. Przyzwyczaiłam się już do tego i  daje sobie świetnie radę! Inni rodzice pewnie by nie zostawili swojego dziecka bez opieki na  dwa tygodnie... ale  nie moi.

        Po kilku minutach  bezruchu poczułam się głodna. W końcu postanowiłam zejść  do kuchni w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Nie chciało mi się schodzić ze schodów, więc pomyślałam, że zjadę po poręczy, oczywiście nigdy przedtem nie zjeżdżałam z niej, więc nie  byłam pewna czy mi się uda.... W najgorszym przypadku... Nie! Nie chcę myśleć co by się mogło stać, w końcu z natury podobno jestem strasznie bezmyślna...

- Dobra raz kozia śmierć ! - wzięłam głęboki wdech i usiadłam na niej. Wydawała się dość stabilna, wiec nie było mowy o zawaleniu się jej lub przewróceniu. Ponownie wzięłam wdech i już chciałam się odepchnąć... gdy nagle pomyślałam, że będzie bezpieczniej, gdy przy końcu poręczy pojawi się materac. Zeskoczyłam i zawróciłam w stronę mojego pokoju, odruchowo spojrzałam na godzinę. Była  5:33 -  niedziela, z resztą to były wakacje, więc dzień tygodnia nie miał dla mnie najmniejszego znaczenia. Rozejrzałam się po pomieszczeniu, wszystko w moim pokoju było białe i lawendowe, z wyjątkiem turkusowych poduszek na ogromnym łóżku z rozkopaną przeze mnie kołdrą, i dużego futrzanego dywanu. W całym domu dominował kolor biały, beżowy i granatowy,  a to dlatego,  że moja mama jest słynną projektantką mody i wnętrz, często jeździ na różne pokazy i to właśnie dlatego wiecznie nie ma jej w domu... Ale kiedy już przyjedzie, cały czas poświęca dla mnie, zapominając całkowicie o tym, że sama potrzebuje odpocząć !

         Nigdzie nie mogłam znaleźć materaca, więc wzięłam  ten z   łóżka dla gości ,  w którym z resztą i tak od dawna nikt nie spał ! Zbiegłam po schodach w dół i rozłożyłam go na podłodze... Przypomniał mi o głodzie burczący brzuch, wyciągnęłam z lodówki kanapki zrobione poprzedniego dnia. Usiadłam przy stole powoli przeżuwając kanapkę z masłem orzechowym, usłyszałam dzwonek do drzwi… Zerwałam się na równe nogi i popędziłam z kanapką w ręku w ich stronę. Za drzwiami stała przemoczona do suchej nitki moja kuzynka Zoe, otworzyłam jej w pośpiechu.

 

- Cześć! Mam nadzieję, że cię nie obudziłam- wysapała z trudem łapiąc powietrze o dwa miesiące starsza ode mnie Zoe,

- Nie, nie obudziłaś. Wejdź- uśmiechnęłam się do niej  coraz szybciej przeżuwając kanapkę.  Jeszcze raz na nią popatrzyłam, jej jasne, mokre włosy przyklejały się do czerwonej od biegu twarzy, teraz ciemne oczy należące do dziewczyny wydawały się prawie czarne !

-  Zdejmij lepiej te przemoczone ubrania, a ja ci zaraz przyniosę coś z mojej szafy... -pobiegłam znowu na górę. Kiedy wróciłam Zoe dopiero zdejmowała buty, szczękając przy tam głośno zębami.

- No pośpiesz się, bo zaraz  mi tutaj zamarzniesz!- zachichotałam i podałam jej ręcznik oraz poskładane w kostkę ubrania.

- Dzięki- Zoe szybko zdjęła koszulkę, rzuciła ją na podłogę i  sprawnie owinęła się ręcznikiem.

- Pójdę jeszcze po suszarkę, a ty ubierz to co ci przyniosłam- skierowałam się w stronę łazienki i zaczęłam szukać. Wróciłam do niej z suszarką w ręku, a ona była już ubrana w obcisłe dżinsy, białą koszulkę i luźny beżowy sweterek  zapinany na guziki, który sięgał do połowy jej ud.

- Ale leje...-wyjrzałam przez okno,  Zoe wzięła w tym czasie ode mnie suszarkę i zaczęła suszyć włosy.

- A tak właściwie to  cię do mnie sprowadza o tej porze?-spytałam unosząc lekko brwi.

- Jak to... to ty o niczym nie wiesz?- zdziwiła się.

- Ale o czym..?

- Przyjechałam z mamą na kilka dni do babci, jednak dziś mama jedzie z powrotem do Kanady i zostawia mnie u ciebie- wyjaśniła spokojnym głosem-spędzę u ciebie resztę  wakacji... , a może zostanę dłużej? Nasze mamy się już dawno dogadały,  stwierdziły, że będziemy razem bezpieczne.

- O ile się nie poobracamy na siebie po kilku dniach- zachichotałam.

- Mam nadzieję, że nie... W końcu zawsze się ze sobą jakoś dogadujemy...- uśmiechnęła się.

- Tylko nie przestrasz się jak obudzę się z krzykiem...  Ostatnio robię to dosyć często!

- Szybko się przyzwyczaję…-zmarszczyła czoło i pojawił się na jej twarzy ironiczny uśmiech .

- Och... nie mogę się doczekać, a właśnie! Chodź!- szarpnęłam ją za koszulkę i wbiegłam po schodach w górę- No chodź..!- ponagliłam Zoe.

- Co ty już  kombinujesz?- zaśmiała się i w mgnieniu oka pojawiła się obok mnie.

- Będziemy zjeżdżać po poręczy- oznajmiłam,  w tym momencie na mojej twarzy pojawił się zuchwały uśmieszek.

- Jak to BĘDZIEMY? -  wyraźnie podkreśliła ostatnie słowo - My..?

-Dokładnie! -usiadłam na poręczy, przy niej nie bałam się tak jak wcześniej... Odepchnęłam się i błyskawicznie znalazłam się na końcu schodów.

 -Żyję! -zaśmiałam się i sama się zdziwiłam, że wypowiedziałam to z takim niedowierzaniem.

-Widzę. – kuzynka spojrzała na mnie w lekką pogardą.

 

 Ten dzień minął nam bardzo szybko.... Nie robiłyśmy nic nadzwyczajnego, po prostu zwykłe popołudnie. Leżąc na łóżku obok Zoe, spojrzałam na zegarek. Była 23:47, za oknem byłoby już całkowicie ciemno, gdyby nie lekkie przebłyski latarni. W domu panowała całkowita cisza. Jednak coś ciągle nie dawało mi zasnąć. Byłam ciekawa czy Zoe już śpi, ale postanowiłam leżeć w ciszy i bezruchu. Zamknęłam powieki i starałam się zasnąć, kiedy nagle usłyszałam głośny huk. Serce przez chwilę stanęło mi w gardle, byłam oszołomiona, a w  mojej głowie panował chaos.

- Zoe..?- miałam ochotę to wykrzyczeć, ale ostrożnie wyszeptałam-Śpisz..?

- Nie. - odpowiedziała jeszcze cichszym szeptem, usłyszałam w jej głosie

 przerażenie- Nie Agnes... nie śpię.

- Czyli sły...-kiedy nagle przerwała mi w połowie zdania

- Cicho! - wypowiedziała to tak gwałtownie, że nie zdążyłam zareagować na jej dłoń, która szybko zasłoniła mi usta. Czekałam, aż pozwoli mi się odezwać, ale zrozumiałam ,że szybko nie puści, a przynajmniej dopóki nie upewni się, że nic się nie stało i że niepotrzebnie spanikowałyśmy.

 Po chwili usłyszałam dźwięk rozbijanej szyby.   Odruchowo ścisnęłam Zoe za jej chudą rękę, mój oddech nieco przyśpieszył i z trudem przełknęłam ślinę. Serce ponownie stanęło na dwie sekundy i gwałtownie zaczęło walić jak gdyby zostało uwięzione i nie mogło ruszyć.  Bicie mojego serca dawało takie odgłosy, że ona też  musiała je słyszeć. Bałyśmy się odezwać. Czekałyśmy, aż coś się wydarzy, aż sparaliżowane ciała odpuszczą i będziemy mogły się ruszyć. Czekałyśmy aż rozum da nam myśleć. Czekałyśmy…

             W końcu Zoe odwróciła się do mnie i wymówiła słowa jakby bez dźwięku "Uciekajmy".

Spojrzałam na nią przerażona i niepewna tego czy dobrze ją zrozumiałam. Chciałam wydobyć z siebie lawinę pytań  "gdzie?" "jak? teraz?" "którędy?". ale wiedziałam .że ściśnięte gardło nie da mi nic powiedzieć! Nagle usłyszałyśmy cudze kroki na domowych schodach. Miałam wrażenie, że duszę się ze strachu.  Zoe chwyciła mnie za rękę i pociągnęła do okna.

-Zwariowałaś?! -popatrzyłam na nią zawiedzionym wzrokiem- Mamy skoczyć z pierwszego piętra?!

-A masz lepszy pomysł? -Zoe zazwyczaj spokojna i opanowana w tamtej chwili była potwornie zdenerwowana.

- Nie. Nie będziemy skakać...

                 Kroki było słychać coraz głośniej, w pośpiechu otworzyłam na oścież okno i zwinnie przeskoczyłam na druga stronę, siadając na parapecie. Za mną wdrapała się Zoe.  Próbowała przyciągnąć zasłony i  przymknąć okno, tak aby nie było widać, że ktoś przez nie wychodził. Znów byłyśmy sparaliżowane strachem...

-Boję się.- pozwiedzałam bliska już płaczu.

Zoe nie zaszczyciła mnie odpowiedzią, przerażona siedziała w milczeniu. Widziałam na jej twarzy walkę z samą sobą, by tylko zachować spokój, wyglądała na zmieszaną. Popatrzyłam w dół, było ciemno, więc nie mogłam dostrzec wielu rzeczy i na dodatek widok zasłaniały mi gałęzie drzewa, które rozłożyły się tak blisko domu, że miałam wrażenie jakby  wpadały do  środka pokoju. Nagle przypomniało mi się  chwile  jak  byłam mała, wtedy  budowałam z tatą i Zoe niby  domek na drzewie. Pamiętam, że   budowałam schodki do tego domku oraz  "tajemne" przejście z ogrodu do pokoju, tato przybił mi deski do ściany, abym mogła po nich bezpiecznie  wdrapywać się do pokoju  niczym po ścianie do wspinaczki. I to była myśl, która pojawiła się w najbardziej odpowiednim momencie! Wyszukałam nogą pierwszej, starej już deski, oparłam o nią nogę i zaczęłam szukać drugiej, tak było i z trzecią, z czwartą i piątą... Szusta odpadła ,ale na szczęście  stamtąd mogłam już zeskoczyć.  I tym oto sposobem znalazłam się  na ziemi. Zoe przypatrywała mi się uważnie, kiedy nagle usłyszała otwierające się drzwi do mojego pokoju, więc  w mgnieniu oka znalazła się na ostatniej desce. Nadal nic nie mówiłyśmy, ponieważ ktoś kto teraz znajdował się  w moim pokoju mógł nas usłyszeć. Popędziłyśmy ile sił w nogach  wzdłuż drogi, kilkakrotnie się potykając przez kapcie. Tak naprawdę to nie wiedziałyśmy dokąd  pędzimy, ale chciałyśmy być jak najdalej od domu.

 

                Przebiegłyśmy już jakieś osiemset metrów, ale strach przezwyciężał  zmęczenie, więc się nie zatrzymywałyśmy. Po prostu biegłyśmy. Starałyśmy się trzymać blisko siebie, a kiedy zobaczyłyśmy, że pas latarni już się kończy i zaczyna się robić  całkiem ciemno, do tego byłyśmy  już mocno zmęczone, złapałam Zoe za nadgarstek. Skręciłyśmy w najbliższą alejkę, niestety nie wiedziałyśmy, gdzie jesteśmy. Próbowałyśmy odszukać nazwy alejki ,ale było tak ciemno, że liter nie było widać. Postanowiłam , że ruszymy wzdłuż alejki, nagle spostrzegłam, że  światła pobliskich domów reagują na ruch,  jeśli ktoś przechodzi koło domu lampa się zapala. Dzięki temu mogłam dostrzec litery na tabliczce z numerem domu przy którym się znajdowałam " 11a Sharley".... "9a Sharley"... "7a Sharley"... " 5a Sharley" tam mieszkała moja babcia i to właśnie tam Zoe zatrzymała się na kilka dni.

- "5a sharley"!- krzyknęłam okropnie  głośno do znajdującej się o jakieś  pięć  metrów ode mnie Zoe.

- Tam mieszka babcia!- ucieszyła się Zoe- Co za ulga...

- A co ci  to da..?- wzruszyłam ramionami.- Chyba nie przyjdziesz do niej w środku nocy i nie powiesz " Część babciu! Postanowiłam cię odwiedzić" albo " Hej... przepraszam ,że cię budzę ,ale nie mogłam zasnąć"?!

 - A dlaczego nie, możemy powiedzieć prawdę?- zmarszczyła czoło- Nic przecież nam nie zrobi, a nawet powie, że dobrze zrobiłyśmy, przychodząc z tym właśnie do niej.

- Naprawdę...?! Wierzysz w to co mówisz?!- zdenerwowałam się- Nie, nie możemy powiedzieć prawdy!

- Ale dlaczego?!- była równie zdenerwowana jak ja.

- A dlatego, że wtedy wszyscy będą się o nas martwić i wyślą nas do szkoły z internatem!

- No... i co z tego?- ponownie zmarszczyła czoło.

-"No i co z tego"?!- byłam naprawdę mocno zdenerwowana, podeszłam bliżej, prawie  tak, że mogłabym ją dotknąć na wyciagnięcie ręki-... do SZKOŁY z INTERNATEM w WAKACJE!

-Wiesz..? Wolałabym być w tej szkole z "INTERNATEM", niż co noc biegać w piżamie po ulicy lub tylko czekać aż  nam się coś stanie!- była już bliska płaczu.

- A ja nie!- uspokoiłam się trochę, ale wciąż byłam zła... Nie wiem na co !

- Teraz idę do babci. A ty jak chcesz to sobie tak stój i czekaj aż... Aż  nie wiem... -wymachiwała chaotycznie rękami, jak zwykle kiedy się denerwuje.

- Przepraszam...- spuściłam głowę- Nie możesz do niej iść w środku nocy... Nie budź jej.

- Racja... Ja też powinnam cię przeprosić -wciąż w jej oczach wzbierały się łzy, a mi było smutno....Strasznie smutno z tego powodu, i nie tylko…

-Wiem...  co czujesz, ale wyjaśnienia później ,teraz musimy coś wymyślić.

-Nie możemy tak stać na środku ulicy w piżamie i krzyczeć na siebie z byle powodu...-pokiwała głową  i przytuliła mnie.

- Wracamy do domu..?- spytałam niepewnie.

- A jeśli ktoś tam jest?- w jej oczach znów pojawił się strach.

 

Comments