Powieść w odcinkach

Rozdział II

opublikowane: 9 cze 2016, 10:11 przez SP 4 Lubań

Moi Drodzy, choć fizycznie żegnamy się dziś z autorkami powieści , które mieliście okazję podczytywać na naszej szkolnej stronie internetowej , to mam nadzieję, że spotkamy się jeszcze w realnym świecie… może na  jakimś wspaniałym spotkaniu promującym twórczość naszych absolwentek…, czego Im serdecznie życzęJ Tymczasem zapraszam do przeniesienia się w  odległe, niezwykłe światy i miejsca …wychodzące spod pióra Bereniki i WeronikiJ                         Polecam Beata Baczyńska - Smyczek

 

Rozdział II – powieść Bereniki Piaśnik kl. 6b

„Świat należy do nas”

     - Cześć maluchu, zgubiłeś się? – zapytała Ross kucając przed małym, białym królikiem z czarnymi plamami na oczach i różowymi skrzydełkami. Odpowiedział kiwając niepewnie głową.

- Jestem Ross, a ty jak się nazywasz? – zadała kolejne pytanie, po czym popatrzyła na swoją przyjaciółkę. Królik korzystając z liści starego buku, ułożył swoje imię: Riku.

- Ładne imię! Chciałbyś mi towarzyszyć? – zadała ryzykowne pytanie.                Zawsze chciała mieć pupila tak jak Joy, lecz wszystkie stworzonka z wielkim potencjałem do walki i wyczuwania koszmarów, które spotkała, po prostu nie zgadzały się lub uciekały. Ale tym razem ujrzała wesołe potakiwanie głową.

- Naprawdę? Dziękuję, Riku! – uśmiechnęła się do niego promiennie – Chodźmy!

     Riku od razu okazał swoje rozradowane usposobienie i sympatię, że jest z nimi co bardzo ucieszyło przyjaciółki.

Po kilku kilometrach ciężkiej drogi postanowiły na chwilę odpocząć na wielkim kamieniu, który znajdował się na środku wielkiego pustego pola.

- Która godzina? – spytała Ross licząc, że nie ma jeszcze ósmej rano.

- Niestety, jest dziewiąta czterdzieści.

- Nasze ciała są już w szkole, prawda? Liczymy na to, że nic nie narozrabiają. Nie chcę mieć trójki z matmy na koniec roku.

- Ja też nie. Ostatnio zachowywały się dziwnie. Bez dusz, nasze ciała nietypowo rozmawiają a ich postępowanie czasami jest niewłaściwe. Ale „lepszy rydz niż nic”. Miejmy nadzieję, że tym razem będzie dobrze, prawda?

- Tak, też tak uważam.

     Nastąpiła głucha cisza. Teraz patrzyły na urocze nieznane im stworki bawiące się najprawdopodobniej w berka, które pojawiły się tak nagle, że nie zwróciły nawet uwagi skąd. Wyglądały uroczo zatapiając się co chwilę w morzu kolorowych kwiatów. Każdy ich skok i beztroski uśmiech był niezwykle uroczy. Rześki, powiewający wiatr idealnie zgrał się ze stworkami i śpiewającymi ptakami.

- Tak sobie myślę, chciałabyś zamieszkać w tym świecie? – zapytała „filozoficznym” głosem Ross.

- Gdyby nie to, że są tu potwory i nasze ciała nie mogą żyć bez duszy, czemu nie. – powiedziała z uśmiechem.

     Patrzyły w wielkie białe obłoki, które wyglądały jak puszyste poduszki na błękitnej pościeli. Tą chwilę ciszy przerwał głośny i nasilający się zgrzyt kamienia, na którym siedziały przyjaciółki. Szybko zerwały się z miejsca i już stojąc patrzyły na przesuwający się kamień. Pod nim ujrzały pięknie zdobioną na krawędziach starą skrzyneczkę.

     Szybko wyciągnęły ją, zanim kamień by się na nie zsunął. Przetarły z niej warstwę ziemi i ujrzały wyrzeźbiony napis „ Moja droga Alice”. Otworzyły ją. Wyskoczyła z niej mała laleczka, której najprawdopodobniej szukał klaun.

- Nazywasz się Alice, jak mniemam – rozpoczęła Ross.

- To wy przyszłyście mnie stąd wypuścić, prawda?

- Tak. Mamy ciebie zabrać do klauna. Chce się z tobą spotkać.

- Mój tatuś was tutaj wysłał?

- To jest twój tato? – Zapytały jednocześnie, okazując duże zdziwienie.

- Przyszywany. Ale on naprawdę się o mnie martwi! – krzyknęła z radości mała laleczka.

- W takim razie nie ma chwili do stracenia. Chodźmy!

~

     - Cześć dziewczyny! – zawołała Non do ciał Ross i Joy.

- Chciałybyście pójść ze mną po szkole na lody?

- Czemu nie! – krzyknęły zgodnie.

- To jesteśmy umówione! – powiedziała równo z dzwonkiem wzywającym na lekcję.

Uczniowie rozeszli się do swoich klas. Non uszczęśliwiona usiadła do swojej ławki, w której siedzi już całe trzy lata. Biologia. Jej ulubiony przedmiot. Wyciągnęła pośpiesznie zeszyt, po czym zapisała temat.

Pozwoliła sobie „odpłynąć” do swoich myśli i marzeń, ponieważ przerobiła tę lekcję już cztery tygodnie temu.

- Zadam im dzisiaj wiele pytań, może dowiem się ciekawych rzeczy… Jestem taka szczęśliwa!

~

         Wesołe miasteczko wyglądało dość … dziwnie i zmieniło się od ostatniej ich wizyty. Nabrało kilku kolorów, przywitało je wiele zwiedzających. Na ogłoszeniu było napisane, że dziś jest „Dzień Powrotu”. Pewnie chodziło o powrót małej Alice. Ale dlatego takie wielkie zamieszanie powstało z tego powodu?

         Zaraz po przyjściu dziewczyn odbyło się huczne powitanie. Wszyscy śpiewali, tańczyli, bawili się. Zaś nasze przyjaciółki odzyskały Kimiego, który z radością powitał nowego członka ich grupy – Riku, po czym odeszły w centrum miasta.

~

     Po lekcjach spotkały się w lodziarni.

- Może powiecie coś o sobie, co? – zapytała Non z nadzieją, że dowie się o nich tego, czego chciała.

- Mamy wiele zainteresowań, większość to wspólne…

- Tak ???

- Na przykład… hmm …

- Pisanie opowiadań! – krzyknęła Ross prosto w twarz przyjaciółki.

- Tak, lubimy razem pisać powieści przygodowe. Mamy nawet jedno konto na stronie internetowej, gdzie razem piszemy – wyjaśniła Joy.

- Pływamy razem, mieszkamy, gramy w siatkówkę .

- Dlaczego mieszkacie razem? – zapytała Non pełna podziwu i zdziwienia.

- Przyjęli mnie pod swój dach – zaczęła Joy. Rodzice zginęli w wypadku samochodowym, a moja najbliższa rodzina mieszka za granicą. Nie pytaj o szczegóły.

         Nastała niezręczna cisza, lecz co jakiś czas przerywały ją dzieci grające w berka.

P- przepraszam… Nie chciałam… Przykro mi – wykrztusiła Non.

- Nic się nie stało, skąd miałaś wiedzieć – powiedziała Joy i uśmiechnęła się delikatnie.

- Mam pytanie … Czy wy jesteście tymi sławnymi dziewczynami, które walczą z koszmara…

- Tak? – przerwało jej pytanie Ross, która odebrała telefon od swoich rodziców. – Dobrze. Już idziemy.

- O co chodzi? – zapytała Joy.

- Musimy wracać. Po południu mamy gości. Przepraszamy Non, ale niestety musimy już iść. Dziękujemy za mile spędzony czas – powiedziała z uśmiechem Ross – Pa!

- Wielka szkoda, pa! – powiedziała, nie ukrywając swojego rozczarowania. „Mam wielkiego pecha” – powiedziała w duchu            i wróciła do domu.

~

     - No dobra. Wracamy do domu – potwierdziła Joy i zniknęły za wielkimi drzwiami. Pojawiły się na środku pokoju, gdzie stały ich ciała. Po postawieniu pierwszego kroku, dusze wróciły do ciał. Wszystkie wydarzenia, które dzisiaj zaszły ukazały się w ich głowach.

- Dostałam piątkę z historii! – To na koniec roku może będzie mocna czwórka! – krzyknęła z zadowolenia Ross.

- Poczekaj … Czemu my się spotkałyśmy z Non? Zaprosiła nas na lody? Przecież my jej tak naprawdę nie znamy! Bez sensu … Dobrze, że nic jej nie powiedziałyśmy …

- Na całe szczęście!

- Dobra, nie przeszkadzam już tobie, idę do mojego pokoju na drugim piętrze. Fajnie, że twoi rodzice przygotowali dla mnie ten pokój. Przynajmniej nie oglądam twoich dziwnych seriali – powiedziała z uśmiechem Joy, po czym pospiesznie wyszła z pokoju.

- Nie znasz się ! – krzyknęła Ross, która padła wycieńczona na łóżko.

Po chwili wyciągnęła swój pamiętnik i pokrótce napisała:

„ Drogi pamiętniczku ”

„Jestem wykończona, ale szczęśliwa. Przez kilkanaście godzin walczyłam u boku Joy, pomagałam, wędrowałam, świetnie się bawiłam. Znalazłam nowego „pomagiera”, Riku.”

Spojrzała na niego.  Rozglądał się po wielkim pokoju, dotykając wszystkiego co możliwe i co wydało mu się ciekawe. Jego wielkie, różowe oczy, krótkie łapki i nóżki chciały wszystko obejrzeć po kolei.

„Jest słodkim, małym stworkiem. Dzisiaj – w realnym świecie – dostałam piątkę z historii! Może będę miała szansę na czwórkę na koniec roku! Jaka jestem z siebie dumna!”

     Przerwała pisanie, ponieważ Riku trzymał w ręce jej ulubioną czekoladkę. Znalazł jej schowek na słodycze.

- Odłóż to! W odpowiedzi usłyszała tylko ciche beknięcie.

- Zjadłeś moją czekoladę! Teraz pójdziemy do sklepu i mi ją odkupisz! – powiedziała lekko rozbawiona sytuacją i zaczęli się ganiać po całym pokoju.

Joy zaś już w piżamie, siedziała i oglądała swój ulubiony film „Obrońcy Galaktyki 4”. W myślach cieszyła się, że może już w końcu odpocząć. Podzieliła się z Kimim popcornem i oboje po chwili zasnęli.

         Całe miasto spowiło się w mroku. Dwie bohaterki nie dostały już żadnego wezwania, więc mogły odpocząć. Błyszczące gwiazdy zaś, obudzone przez księżyc, pojawiły się na czarnym niebie.

                                                                    Berenika Piaśnik kl 6b

 

              

 

 

                     Rozdział II – powieść Weroniki Kęskiej z kl. 6b

 Réamonn prychnął, obserwując jak lis zakrada się do pobliskiego straganu, spoglądając na znajdujące się tam stalowe sztylety, niedrogą, acz zabójczą broń.

 Złodziej zesztywniał, czując na sobie wzrok basiora. Ostrożnie odwrócił się, spoglądając ukradkiem na ukrytego pod kapturem lazurowej peleryny wilka, by po chwili czmychnąć. Labhraidh rozważał przez chwilę pogoń za nim, jednakże zrezygnował. Powód był, rzecz jasna, oczywisty – po co biec za lisem, skoro on zna o wiele lepiej to miejsce?

 Pokręcił głową z politowaniem i prawie zawarczał, kiedy obok niego pojawiła się Carsaquea. Kremowa wilczyca tylko wymamrotała:

- Miej lisa za druha, on sprawi, że cały świat cię wysłucha.

- Oczywiście – zadrwił. – Bo każdy wysłucha lisa i wilka Glaciesa; zwłaszcza, gdy jesteśmy u schyłku wojny z nimi. Niewątpliwie, będą przed nami drżeć ze strachu.

- Źle mnie zrozumiałeś, Mathghamhainie. –  mruknęła.

- Niestety, rozczaruję cię, wadero. Umiem czytać między wersami. – powiedział, stukając pazurem głowę wilczycy.

Carsaquea westchnęła tylko i odeszła, zostawiając Labhraidha samego ze swoim pogardliwym uśmieszkiem na pysku.

~ ~ ~

 Złapał kłami za kark wilczura i podrzucił go w górę, a gdy spadł – zmiażdżył tchawicę, co poskutkowało zgonem wroga.

- Leohandrosie, ty draniu! – warknął biały wilk spoglądając na niego z nieukrywaną wściekłością. – Jesteś aresztowany z rozkazu samego króla!

- Ah, spójrzmy – zadrwił. – Czyż to nie sam generał Amarant? To żałosne, wysyłać kogoś tak słabego przeciwko mnie.

 Brązowy wilk, którego plecy zdobił solidnie wyglądający miecz, wykrzyknął do swoich kompanów, zdenerwowany słowami Leohandrosa:

- Przynieście mi jego głowę!

 Trójka basiorów wybiegła z szeregu w stronę niczym się nie przejmującego, smolistego basiora, który łapiąc za klingę swojego orężu, zarył ziemię, by wzburzyć tuman kurzu, który chwilowo zmylił napastników. I korzystając z nadarzającej się okazji, wbił miecz w glebę wskakując na niego, aby mieć możliwość wyższego wyskoku i przy tym okazję do zabrania swego ostrza.

 Dwa wilki skoczyły za nim, jednakże trzeci pozostał na ziemi, aby mieć możliwość złapania przestępcy, gdy spadnie.

 Leohandros zamachnął się mieczem, przecinając kark jednego i popychając go przy tym w stronę nadlatującego, który, poprzez zderzenie ze swoim, już nie żywym, kompanem, spadł na ziemię. To samo uczynił basior, jednakże zachowując przy tym grację.

 Na polu walki nastała cisza, przerywana jedynie oddechami znajdujących się tam postaci, gdy nagle brązowy wilczur – ten sam, który wołał o jego głowę – wybiegł na wprost niego z mieczem.

 Klingi skrzyżowały się. Snop iskier zalśnił na tle pochmurnej nocy, ujawniając zaciętą minę vice generała, oraz Leohandrosa, na którego pysku widniał ironiczny uśmieszek.

 Odskoczyli od siebie, by po chwili znów zaatakować. Powtórzyli tą czynność kilkanaście razy, jednakże, gdy znów się krzyżowali, czarny wilczur zaczął tylną łapą rysować okrąg na ziemi, skąd po kilku sekundach zaczęło jarzyć się błękitne światło.

 Leohandros odskoczył na bezpieczną odległość, skąd podziwiał swoje dzieło. Miejsce, gdzie stał jeszcze kilka chwil temu, teraz było dosyć… zniszczone.

 Gdy nagle poczuł przeszywający ból w okolicach klatki piersiowej. Skierował tam wzrok. Mruknął coś niewyraźnie i natychmiastowo został odrzucony.

 Brunatny wilk prychnął, kiedy usłyszał warknięcie. Natychmiastowo odwrócił się i kraniec miecza skierował w stronę z której nadszedł dźwięk.

 Leohandros złapał skraj oręża kłami, nie zwracając nawet uwagi, że z pokaleczonego pyska wycieka krew, położył przednie łapy na klindze i odbił się od niej.

 Jego napastnik rozejrzał się wokoło, kiedy zasłyszał porywisty wiatr. Oszołomiony nie poruszył się, gdy nagle przypomniał sobie jedną, ważną rzecz. Leohandros był wilkiem Kuraudo. Wilkiem Powietrza.

 Była to ostatnia rzecz, jaką pomyślał, nim został zabity.

 Basior wyłonił się z lasu, a jego sierść powiewała w niekontrolowany sposób. Każdy ze znajdujących się tam, mógł poczuć szybko opadającą temperaturę, jednakże nie przejęli się tym – ruszyli do ataku.

 Leohandros – będąc pod wpływem furii – nie kontrolował swoich ruchów. Dwa wilki, które rzuciły się na niego z dwóch stron, zderzyły się, gdyż Handros niedbale się schylił. Następny – szary o zielonych oczach w skórzanej zbroi, został podrzucony do góry w związku z czym uderzył w trójkę kolejnych.

- Stójcie, głupcy! – wrzasnął generał. – Nie rozumiecie, że to na niego nie działa?! Nie można atakować go od przodu!

 Podwładni, jednakże, jakby go nie słyszeli – wciąż rzucali się na pewną śmierć, atakując.

 Leohandros, widocznie uznał, iż pora zakończyć zabawę i zamachnął się swoim mieczem tworząc błękitną falę powietrza, która odepchnęła atakujących.

- Generale, musimy się wycofać! – wykrzyknął jeden z żołnierzy w stronę przywódcy. – Jesteśmy rozbici!

- Dobrze, uciekaj sobie, tchórzu! – ryknął na niego. – Ale nie chcę zobaczyć więcej twojego pyska!

 I ruszył w stronę walczących, by po dobiegnięciu wykrzyknąć w stronę czarnego basiora:

- I co?! Jesteś z siebie zadowolony?

- Przepraszam – wymamrotał, czym zdziwił śnieżnobiałego wilka, po czym uśmiechając się gorzko wysyczał: - Ale od wszystkich słyszę tylko – atakujcie Leohandrosa, szybko, pokonamy go! To się robi już niczym przedstawienie – cały czas to samo, zawsze wygrywam ja, przegrywacie wy.

- Nie waż się ze mnie kpić! – warknął biały wilk, pokrywając się seledynową poświatą, po czym uderzył łapą w ziemię, która rozstąpiła się pod wpływem ataku odsuwając czarnego basiora, który, teraz już na powrót pokryty błękitną łuną, skupił się na walce i zawył przeciągle w stronę nieba, by po chwili znów zerwała się wichura, otaczając wilka powietrzną zbroją.

 Ruszyli w tym samym momencie, rzucając się do gardeł.

~ ~ ~

 Labhraidh spokojnie kroczył leśnym traktem, kierując się w stronę Bursztynowego Potoku – wilczo-lisiej osady, a następnie do stolicy. Jego opanowanie było spowodowane ukryciem znaku Bractwa Antrovis, które, jakże mądrze, utworzyło swój znak na pysku basiora.

 Przystanął, gdy usłyszał turkotanie powozu. Skierował swój wzrok w stronę źródła dźwięku, skąd, zza górki, wyłonił się wóz zaprzężony w wiwernę.

 Gad był, co najwyżej, długości trzydziestu czterech łap*. Jego brunatno-czerwone łuski mieniły się pod wpływem słońca. Ogon zakończony ostrym kolcem był w dole, jednakże nie ciągnął się po ziemi. Para błoniastych skrzydeł tkwiła złożona, a nawet jeśli zostałyby rozłożone – nijak wiwern nie wzleci, ponieważ ciężar powozu by mu na to nie pozwolił. Majestatyczny łeb trzymał w górze, jakby chciał coś udowodnić.

 Wozem powoził podstarzały wilk. Zmęczony wzrok, blizny i niechęć do życia nie spowodowały żadnej reakcji ze strony Réamonna. Przyzwyczaił się do tego widoku, gdy był młody; często wilki z Bractwa wyruszały na wyprawy, aby odbić swoich, a gdy znajdowali martwe, zmasakrowane ciała – przywozili, aby pochować je zgodnie z panującymi zasadami.

 Starzec pociągnął z lejce, aby zatrzymać gada, po czym odparł, mało przyjemnym dla ucha głosem:

- Co tu robisz, młodzieńcze, w sercu boru? Czyżbyś nie zasłyszał, że tymi traktami postępuje Leohandros? – nie dając odpowiedzieć Labhraidhowi, kontynuował – Ah, właź na wóz, niebezpiecznie w tych czasach wędrować samotnie.

*łap – miara wykorzystywana w Sialunie. Wynosi 13cm.

 Mathghamhain wskoczył na środek transportu. Tylko skorzysta. Odwrócił się w kierunku nieznajomego, pytając gdzie zmierza.

- W stronę mieściny, powinieneś znać, Rzeczna Puszcza. Jednakowoż będę zmuszony zostawić cię tam samego, bo w kolejną podróż powinienem udać się sam.

 Réamonn kiwnął głową. Mimo, iż pokrzyżuje mu to trochę plany, będzie bliżej swojego celu. A Carsaquea niech się trapi. Prędzej czy później i tak dowie się gdzie jest.

 

                                                                                   Weronika Kęska kl. 6b

Rozdział I

opublikowane: 22 mar 2016, 10:48 przez SP 4 Lubań

Witajcie, specjalnie dla Was pierwszy rozdział powieści Weroniki Kęskiej z kl. 6b- miłego czytania !!! Dreszczyk emocji Was nie opuści……

                                                                                                     Polecam Beata Baczyńska - Smyczek

 

                         Rozdział I

 Tej nocy, kiedy gwiazdy szeptały prowadząc białego wilka, zmieniło się wiele rzeczy, jednakże najpoważniejszą zmianę odczuło Bractwo Antrovis, tracąc najważniejszego pionka.

 

 

 

 Basior stał na skarpie. Jego szyję owijał cienki, postrzępiony czerwony szal powiewający tak jak i lazurowa peleryna, pod wpływem ciepłego, jesiennego wiatru. Pierzasta korona, o imponujących rozmiarach dodawała młodzieńcowi majestatu, a błękitne ślepia lustrowały florę osnutą poranną mgłą.

  Na skraju lasu stała kremowa wilczyca. Jej złożone skrzydło pokrywała szkarłatna, zeschnięta ciecz. Zapomniany łuk leżał na ziemi, pokryty ranną rosą.

- Zostałeś sam, zdany na siebie, co z tego? – zaczęła. Labhraidh nie poruszył się. – Czy zapomniałeś o tym co posiadasz i co jest twoje?

 Czteroletni wilczur odwrócił się, patrząc jej prosto w oczy.

- Ja już nic nie posiadam. – odparował. – A nawet jeśli, to wątpię, by uwierzył w moją „jestem twoim synem, Wasza Wysokość” deklarację.

- To prawda, ale nie możesz zapomnieć przeszłości, ale możesz jej nie rozpamiętywać. – odparła spokojnie.

Mathghamhain spojrzał na nią, jednakże nie odezwał się.

- Możesz odzyskać swoją koronę. Pozbądź się ciemności, ze swojego umysłu. Zacznij myśleć. – zrobiła przerwę, odpowiednio dobierając słowa, jednakże wciąż będąc bezpośrednią. – Znów możesz być królem.

 Réamonn westchnął i napinając mięśnie, przygotował się do skoku ze zbocza. Kremowa wilczyca uczyniła to samo.

v 

   Drzwi do karczmy otworzyły się ze skrzypnięciem, oznajmiając, że ktoś przybył. Kilka wilków znajdujących się w owym budynku spojrzało w ich stronę, jednakże szybko straciło zainteresowanie nowymi gośćmi.

 Oberża Pod Pijanym Heimem, była dosyć przytulną gospodą. Ogień trzaskał w kominku, przypiekając przy okazji znajdującą się nad nim baraninę. Drewniane stoły ustawione zostały przy kamiennych ścianach. Minstrel  – brązowy wilk z lutnią – wygrywał aktualnie skoczną melodię, a kilka basiorów tańczyło z kuflami w łapach.

 Przybyli skierowali się w stronę karczmarza. Ten rozradowany na widok nowych, potencjalnych kupców, podszedł do nich pośpiesznie. Nie doszedł. Upadł na posadzkę, gdzie zaczął pojawiać się szkarłat. Nieznajomi zniknęli, a nikt z zebranych zdawał się nie zauważyć zgonu gospodarza, którego kark zdobił teraz biały lis o złotej koronie i czerwonych oczach.

Berenika Piaśnik z kl.VIb – Przedstawia……

opublikowane: 7 mar 2016, 07:31 przez SP 4 Lubań

Rozdział I

„Nikt nas nie pokona”

 

     Wyglądał dość dziwnie i… strasznie. Miał wielkie, ostre zęby i czarne oczy, które wyglądały co jakiś czas zza długiej, kruczoczarnej grzywy. Osiemnastometrowy stwór wyglądał jak wielki, groźny ogr.

     Jednak po chwili zwijał się z bólu, zaś Wykorzystując tę sytuację Ross, wbiegła po ręce stwora i przecięła mu ramię swoją kosą. Joy natomiast wyszeptała zaklęcie na zamrożenie.

- Froniculus Meda!

Zanim Ross zdążyła wykonać kolejny cios, olbrzym przełamał lód i uderzył ją swoją wielką dłonią z nadludzką siłą. Ta uderzyła o ziemię pięćdziesiąt metrów dalej.

- Kimi! Zobacz co się dzieje Ross! Ja spróbuję go powstrzymać!- krzyknęła Joy i ze złością w oczach wskoczyła na potwora. Interesowała ją tylko jedna część ciała potwora – plecy. Tam znajdował się jego słaby punkt – okrąg wypełniony dziwnymi znakami, przypominający tatuaż.

- Słodkich snów! – wyszeptała, przecinając mu plecy. Stwór rozpłynął się w powietrzu.

- Ross! Jak się czujesz? – zapytała podbiegając do niej.

- Może to  nie był najmocniejszy cios świata, ale boli. I to bardzo.

- Carnida Lavien – Joy wyszeptała zaklęcie uzdrawiające, a przyjaciółka skinęła głową na znak podziękowania. Nastała cisza.

- Gdzie jest Kimi?

- Nie wiem. Był przy mnie do czasu twojego przyjścia.

- On jak zwykle musi pozwiedzać… albo coś mu się stało.- pomyślała Joy i obie ruszyły na poszukiwanie pluszowego obiboka.

     Jak na wesołe miasteczko nie było tu ani wesoło, ani kolorowo. Tylko przytłaczające odcienie szarości i czerni. Uliczki, które powinny być oblężone radosnymi, wielobarwnymi straganami były spowite burymi namiotami. Przed ich oczami ukazał się wielki „Gabinet Śmiechu” z lustrami w środku.

- „Dom odbić” ? Kto wymyślił tę nazwę? – powiedziała Ross ze zdziwieniem w głosie.

-Może ten klaun, który trzyma Kimiego w klatce?

Zdziwione oczy przyjaciółki powędrowały w stronę tej dwójki.

_ Witam, Drogie Panie. Znalazłem tego stworka plączącego się po moich korytarzach. Czy jest wasz?

- Owszem. Oddasz nam go? – powiedziała Joy, wyciągając do niego rękę w celu zwrotu jej pupila.

- Nie moje Panie. Nie tak łatwo będzie wam go odzyskać. Potłukł wszystkie lustra. Nie daruję mu tego! A z tego co zauważyłem, to wy za niego odpowiadacie.

- Może i tak, ale nie chcemy żadnych kłopotów. Proszę nam go zwrócić – powiedziała stanowczym głosem Joy.

- Niestety nie zwrócę go wam. Zatrzymam go w ramach zapłaty za zniszczenia.

- Może jakoś się jednak dogadamy?

- No dobrze. Widzicie tamto wzgórze? Nosi imię Momoko. Tam, zakopana w złotej skrzynce jest moja Alice. Złotowłosa dziewczynka, z niebieskimi oczami i błękitną sukienką. Jeśli ją znajdziecie i mi dostarczycie, to zwrócę wam pluszaka. Jeśli mnie oszukacie, nie daruję wam tego!

- Rozumiemy. Nie miałyśmy zamiaru Pana okłamywać – sprostowała Joy.

- Znakomicie. Czekam na was, Drogie Panie.

     Bez zbędnego gadania wyruszyły wykonać zadanie.

 

 

~

 

     Pragnęła poznać je bliżej. Już od pierwszej klasy liceum zainteresowana ich „pracą” przyglądała się i śledziła je. Nikt nie mógł jej odpowiedzieć na pytanie „Kim naprawdę są te dziewczyny?”. Sami tego nie wiedzieli. Wtedy postanowiła, że będzie odkrywać ich tajemnicę, krok po kroku.

     Zamyślona, siedziała na środku łóżka w swoim pokoju. Szare ściany i czarne meble dużo mówiły o jej charakterze i duszy. Rozmyślała o ostatnich wydarzeniach, dziejących się podczas pikniku szkolnego. Właśnie tam ujrzała na własne oczy niezauważalną walkę „tych dziewuch” z potworem. Mieszanina uczuć nie pozwoliła jej się wtedy ruszyć. Zamrożona w swojej własnej duszy, nie mogła ani drgnąć. Gdyby tylko ktoś ją wtedy z tamtego miejsca zabrał…

- Non, przyjdź proszę na chwilę! – krzyknęła z kuchni jej mama.

- Prosiłam ciebie, żebyś tak na mnie nie mówiła! Tylko koleżanki mogą mówić do mnie Non!

- Przepraszam, że uraziłam Waszą Wysokość! Proszę, aby tylko Panienka zeszła na kolację – rzekła, z widocznym sarkazmem w głosie.

„Ugh… że też mama musi się tak do mnie odzywać” pomyślała, tym razem wykonując polecenie. Rozmowa rozpoczęła się od nietaktownego pytania „Co?”.

- Nie takiej ciebie nauczyłam kultury młoda panno.

- To jaki dajesz przykład nie używając jej? Już, słucham ciebie mamo.

- Rozłóż  talerze na stole, proszę – powiedziała, z widoczną złością na twarzy, jak i w głosie – chyba już miała dość jej zachowania.

„ A co ja jestem? Służąca?” niesłusznie powiedziała córka, lecz posłusznie wyciągnęła talerze i położyła je na stole. Wolała siedzieć sama w pokoju, gdy nikt jej nie przeszkadzał. Rodzice wiedzieli, że jest opryskliwa, lecz czuli, że głęboko w jej sercu jest światło, które nie może się wydostać ze szklanej powłoki. Bez zbędnych kłótni zjadła, przebrała się w piżamę i wróciła do rozmyślania.

 

~

 

Miały już za sobą spory kawał drogi, lecz nie wiedziały co zrobić, gdy ujrzały Wielkiego Strażnika stojącego przy wejściu na wzgórze Momoka. Miały co do tego złe przeczucia.

- Kto idzie? – zapytał ochrypniętym głosem strażnik ze złotą zbroją. Jego włosy sięgały mu do ramion, a twarz połowicznie pokryta była czarną chustą. Zainteresowały się jego niecodziennym wyglądem.

- A co? – odpowiedziała sucho Joy – Nie wpuszczasz zwykłych przechodniów?

- Wątpię, żebyście były zwykłymi spacerowiczami.

- Wnioskujesz to po naszych strojach? Jeśli tak, to być może jesteś w błędzie. Wpuścisz nas? – powiedziała, tracąc już cierpliwość.

- Niestety, nie mogę. Jeśli naprawdę chcecie wejść musicie mnie pokonać…

- Nie ma sprawy! – krzyknęły.

- … w szachy – dodał po chwili strażnik.

     Zamilkły. W szachy? Naprawdę? Pewnie myślicie, że autor pisząc to, stracił rozum. Lecz ma coś w zanadrzu.

     Ogarnięte zdumieniem, zastygły. Słychać tylko było rozśpiewane ptaki, które ubarwiły tą sytuację orkiestrą dźwięków.

- Że… co? – powiedziały jednocześnie.

- Nie przesłyszałyście się. Zaczynamy!

     Nagle z podziemi wyrosła wielka czarno-biała, która pokrywała około pięćdziesiąt metrów trawnika. Pionki mierzyły do dwóch metrów. Były tak ciężkie, że na pewno nie drgną, jak będzie się je przesuwać. Pomyślały, mając dziwne uczucie , że to nie jest zwykła gra w szachy. Pełne zdumienia patrzyły w stronę planszy. Domyśliły się, że nie zdążą wrócić do domu przed północą.

 

~

 

Ubrana w różową sukienkę i ze słodkim uśmiechem na twarzy przechadzała się nieopodal Wzgórza Momoko. Jej blond włosy łaskotał lekki wietrzyk. Lubiła spacerować między wielkimi, zielonymi drzewami, które witały się z nią, kiedy je mijała. Kiedy doszła do łąki, lekko podskakując i nucąc swoją ulubioną melodię, zauważyła dwie dziwne dziewczyny grające ze strażnikiem. Zatrzymała się, popatrzyła się na nie ze zdziwieniem i ciekawością, po czym zdecydowała obejrzeć grę. Usiadła na kamieniu i z ekscytacją patrzyła w  stronę planszy.

 

~

 

     - Najpierw wytłumaczę zasady - zaczął mówić strażnik – Te pionki mają własną wolę. Kiedy wskażecie im miejsce, w które mają się udać, przesuną się lub nie. Oczywiście, wszystkie inne zasady gry są takie same.

- Rozumiemy – odpowiedziała Ross dając znak do rozpoczęcia gry. Wylosowały białe pionki.

- B4 na D4 – powiedziała Joy. Tym ruchem rozpoczęła się wojna.

     Już po chwili zdobyły pierwszy pionek przeciwnika. Z łatwością zdobywały też kolejne.

- Wieża na E8! – krzyknęła Ross wiedząc, że strażnik zbije pionek. Wieża ani drgnęła.

- Co to ma być?! Wieża na E8! – wykrzyczała to jeszcze głośniej.

- Ostrzegałem, mają własną wolę. Ten wie, że idzie na pewną zagładę, więc broni się.

- Dlaczego w ten sposób? Dobrze, Koń na C1.

Cisza.

- A3 na D2? -  powiedziała, tracąc już nadzieję.

Ani drgnął.

Powoli zaczęła się trząść jak osika na wietrze. Wiedziała, że już Mie może wykonać żadnego zdecydowanego ruchu. Oddychała coraz szybciej i wpadała w zdenerwowanie i lęk. Wiedziała, że jeśli nie uratują Kimiego, to nici z ich przygód w świecie snów. Zaczęła nerwowo myśleć, gdy nagle…

- Żołnierze! – krzyknęła Joy – Czy wam nie wstyd? Chcecie przegrać wojnę?

     Nastała głucha cisza. Zdziwione oczy Ross, strażnika i panienki siedzącej na kamieniu utkwiły na postaci Joy. Zadawali sobie jedno pytanie: „Co się dzieje?”.

- Żałosne! Chcecie dążyć do zwycięstwa w ten sposób? – usłyszała tylko echo powtarzające jej słowa. Nieliczne pionki pokręciły głową ze sprzeciwem słysząc słowa Joy, choć wszyscy zgodzili się ze sobą. Są tchórzami.

- Właśnie! Jeśli nie polegniecie w tej walce i ją wygracie, zapewnię wam domy, pracę, pieniądze! Wrócicie do swoich rodzin i będziecie wiedli spokojne życie! Nie zrobicie tego dla naszej królowej? – mówiła, mając na myśli Ross. Przecież to ona jedyna w klasie nieziemsko gra w szachy. Pionki nagle i jakby bez namysłu rzuciły się w wir walki. Łamały zasady, chodziły gdzie chciały, walczyły! Wszyscy patrzyli z niedowierzaniem.

- No co? Już chyba wiesz Ross, dlaczego gram tylko w gry strategiczne – powiedziała  z uśmiechem. – Gdy zapewnisz ludowi domy, pracę, spokojne życie i wdzięczność  ze strony królowej, wtedy wiedzą co mają robić.

     Chwilę później, gdy obrona ze strony strażnika nic nie zdziałała, gra dobiegła końca. Zwycięzcami były dwie nastolatki.

- Więc możemy już przejść? – zapytały z entuzjazmem.

- Oczywiście, przecież przegrałem – powiedziawszy to, padł przed nimi na kolana.

- Nie wygłupiaj się, wstań. – rzekła Joy – Powiedz sobie, że to była po prostu lekcja – uśmiechnęły się serdecznie, po czym wstał.

     „Królowa Białych” tylko przytaknęła i ukłoniła się swoim poddanym, dziękując za oddaną walkę. Odwzajemniając ten ukłon Ross, w tej chwili zniknęli wraz z planszą, udając się na zasłużony odpoczynek.

- Niesamowite!  - szepnęła dziewczyna z uśmiechem, widząc jak przyjaciółki mijają bramę. – Mam nadzieję, że się spotkamy! – rzekła z radością i niecierpliwością w głosie, po czym odeszła w głąb lasu.

Prolog

opublikowane: 26 sty 2016, 06:23 przez SP 4 Lubań

      Witam, przesyłam dziś wszystkim spragnionym czytania  - świeżutkie niczym cieplutkie bułeczki wstępy do książek…, które postanowiły cyklicznie publikować w naszym szkolnym kąciku literackim dwie uczennice z klasy 6b: Weronika Kęska oraz Berenika Piaśnik.

       Czytajcie…będziemy dopytywać  o Wasze wrażenia…, a może w niedalekiej przyszłości  zorganizujemy spotkanie autorskie z dziewczętami?

                                                                                                          Polecam – Beata Baczyńska - Smyczek

 

                                 Prolog

Wilk biegł przez zaśnieżony, iglasty las, próbując zgubić biegnący za nim pościg. Zwinnie omijał sosny znajdujące się na jego drodze, jednakże całą ucieczkę utrudniało szczenię w jego pysku.

 Miało białą, gdzieniegdzie kremową, bardzo krótką, prawie niewidoczną sierść. Uszy skryte były pod śnieżnobiałymi piórami obrastającymi jego szyję, kark oraz czubek głowy, co tworzyło pierzastą, naturalną koronę. Szczeniak zamiast naturalnych, wilczych łap, posiadał ptasie, ostro zakończone szpony. Znacznej długości ogon, falujący pod wpływem wiatru, składał się z samych wydłużonych i bardzo wytrzymałych, także białych, piór. Całość dopełniały lazurowe, pozbawione źrenic ślepia, przyszłego władcy Sailuny – rocznego Labhraidha Mathghamhaina Réamonna VI.

 Basior, który go porwał był jednym z członków Bractwa Antrovis. Zielona peleryna, ze znakiem stowarzyszenia: przekreśloną liczbą zero, z której po dwóch stronach odchodziły dwie poziome kreski, oznaczała równość każdego Klanu Wilków.

  Istniało bowiem dziesięć Klanów, czczących każdego z Wilczych patronów. Dwoma głównymi Klanami były Klany Dnia i Nocy, których patronami były Sun – Główny Bóg Dnia, oraz Moon – Główny Bóg Nocy. Do ośmiu pozostałych zaliczały się Klany: Powietrza – Bóstwa Kuraudo, Ognia – Bóstwa Ignis, Wody – Bóstwa Water, Lodu oraz Śniegu – Bóstwa Glaciesa, Czasu – Bóstwa Timea, Wszechświata – Bóstwa Galaxy, Ziemi – Bóstwa Nocturna, Burzy oraz Energii – Bóstwa Fulgura.

  Krajem nie mógł rządzić wilk, który nie posiadał za patrona jednego z Głównych Braci, a ponieważ pierworodny obecnego władcy władał lodem – ukrywano go przed wilczym społeczeństwem. Byłaby to ogromna skaza na honorze państwa, gdyby dowiedziano się, że potomek króla Lorcana III nie posiada żywiołu ani Dnia, ani Nocy, a moc Glaciesa – jednego z najbardziej nieprzystępnych i nielubianych Bóstw.

 Bractwo Antrovis pragnęło, by zaprzestano takich działań, biorąc za przykład Réamonna. Kierowali się równością każdego wilka. Chcieli, by zaniechano działań mających na celu zgorszenie tych, którzy za patrona posiadali Bóstwo, a nie Boga.

 Connor odetchnął z ulgą, kiedy nie słyszał już pościgu, a jedynie podmuchy zimnego wiatru. Możliwym było, że strażnicy wrócili się do Zamku po posiłki.

 Rozejrzał się. Po chwili wahania zawył przeciągle, z nutką euforii w głosie, oznajmiając swoim towarzyszom, że misja zakończyła się sukcesem.

 Gdy skończył, nadstawił uszu, nasłuchując. Po niespełna minucie od jego sygnału usłyszał odpowiedź. Miał wracać na Krucze Wrzosowiska, złożyć raport… i odpocząć przy kuflu grzanego miodu.

 Z nikłym uśmiechem na pysku skierował swoje łapy w stronę północy, gdzie znajdowała się ich kryjówka.

                                                                                                                            Weronika Kęska kl. 6b

 

 

 

Prolog

     Gdy zakończyły się zajęcia, natychmiast wyszły ze szkoły. Po drodze rozmawiały o wspólnym zainteresowaniu i można także powiedzieć – pracy. Miały niespełna piętnaście lat, a już w tak młodym wieku wykonywały tak męczącą i trudną pracę. Brunetka skręciła w wąską uliczkę i weszła do domu. Jej przyjaciółka zniknęła za rogiem. Wiedziały, że niedługo się spotkają.

     Minęła godzina dwudziesta pierwsza. Pluszak Kimi spokojnie leżał na łóżku, lecz tylko przez chwilę. Gdy Joy przebrała się już w piżamę, Kimi  zaczął latać po całym pokoju i krzyczeć. Wiedziała już, co się dzieje. Jednym pstryknięciem palców przebrała się i przekroczyła portal, otwarty przez przebudzonego pluszaka.

     - Dlaczego tak późno?! – odezwał się znajomy głos Ross.

- Narzekasz, jakby to był pierwszy taki przypadek. – odpowiedział sucho, drugi kobiecy głos. Oba umilkły, gdy ujrzały miejsce, w którym się znajdywały.

- Wesołe miasteczko? – odezwała się cicho Ross. Nie usłyszała odpowiedzi. To miejsce nie wyglądało jednak na takie wesołe, jakie są zazwyczaj parki rozrywki.

     Kimi rozglądał się nerwowo i w pewnym momencie pofrunął w stronę kolejki. Za nim oczywiście Joy i jej przyjaciółka – Ross. Chciały jak najszybciej to zakończyć i wtulić się w miękkie poduszki. Kimi najprawdopodobniej myślał o tym samym.

     Dotarły. Już widziały go z daleka. Co dokładnie? Koszmar. Niemiły,  czarno – biały stwór, niszczący wszystko oraz  siedzący w myślach i wyobraźni jakiejś osoby. Był potężny.

     - Nie będzie łatwo… - powiedziała Joy i wyruszyła naprzód. Tuż za nią Ross i Kimi.

- Dlaczego my? – pomyślała nerwowo brunetka i zadała pierwszy cios swoją ukochaną kataną.

 

                                                                                                              Berenika Piaśnik kl. 6b

1-4 of 4