Rozdział II

opublikowane: 9 cze 2016, 10:11 przez SP 4 Lubań

Moi Drodzy, choć fizycznie żegnamy się dziś z autorkami powieści , które mieliście okazję podczytywać na naszej szkolnej stronie internetowej , to mam nadzieję, że spotkamy się jeszcze w realnym świecie… może na  jakimś wspaniałym spotkaniu promującym twórczość naszych absolwentek…, czego Im serdecznie życzęJ Tymczasem zapraszam do przeniesienia się w  odległe, niezwykłe światy i miejsca …wychodzące spod pióra Bereniki i WeronikiJ                         Polecam Beata Baczyńska - Smyczek

 

Rozdział II – powieść Bereniki Piaśnik kl. 6b

„Świat należy do nas”

     - Cześć maluchu, zgubiłeś się? – zapytała Ross kucając przed małym, białym królikiem z czarnymi plamami na oczach i różowymi skrzydełkami. Odpowiedział kiwając niepewnie głową.

- Jestem Ross, a ty jak się nazywasz? – zadała kolejne pytanie, po czym popatrzyła na swoją przyjaciółkę. Królik korzystając z liści starego buku, ułożył swoje imię: Riku.

- Ładne imię! Chciałbyś mi towarzyszyć? – zadała ryzykowne pytanie.                Zawsze chciała mieć pupila tak jak Joy, lecz wszystkie stworzonka z wielkim potencjałem do walki i wyczuwania koszmarów, które spotkała, po prostu nie zgadzały się lub uciekały. Ale tym razem ujrzała wesołe potakiwanie głową.

- Naprawdę? Dziękuję, Riku! – uśmiechnęła się do niego promiennie – Chodźmy!

     Riku od razu okazał swoje rozradowane usposobienie i sympatię, że jest z nimi co bardzo ucieszyło przyjaciółki.

Po kilku kilometrach ciężkiej drogi postanowiły na chwilę odpocząć na wielkim kamieniu, który znajdował się na środku wielkiego pustego pola.

- Która godzina? – spytała Ross licząc, że nie ma jeszcze ósmej rano.

- Niestety, jest dziewiąta czterdzieści.

- Nasze ciała są już w szkole, prawda? Liczymy na to, że nic nie narozrabiają. Nie chcę mieć trójki z matmy na koniec roku.

- Ja też nie. Ostatnio zachowywały się dziwnie. Bez dusz, nasze ciała nietypowo rozmawiają a ich postępowanie czasami jest niewłaściwe. Ale „lepszy rydz niż nic”. Miejmy nadzieję, że tym razem będzie dobrze, prawda?

- Tak, też tak uważam.

     Nastąpiła głucha cisza. Teraz patrzyły na urocze nieznane im stworki bawiące się najprawdopodobniej w berka, które pojawiły się tak nagle, że nie zwróciły nawet uwagi skąd. Wyglądały uroczo zatapiając się co chwilę w morzu kolorowych kwiatów. Każdy ich skok i beztroski uśmiech był niezwykle uroczy. Rześki, powiewający wiatr idealnie zgrał się ze stworkami i śpiewającymi ptakami.

- Tak sobie myślę, chciałabyś zamieszkać w tym świecie? – zapytała „filozoficznym” głosem Ross.

- Gdyby nie to, że są tu potwory i nasze ciała nie mogą żyć bez duszy, czemu nie. – powiedziała z uśmiechem.

     Patrzyły w wielkie białe obłoki, które wyglądały jak puszyste poduszki na błękitnej pościeli. Tą chwilę ciszy przerwał głośny i nasilający się zgrzyt kamienia, na którym siedziały przyjaciółki. Szybko zerwały się z miejsca i już stojąc patrzyły na przesuwający się kamień. Pod nim ujrzały pięknie zdobioną na krawędziach starą skrzyneczkę.

     Szybko wyciągnęły ją, zanim kamień by się na nie zsunął. Przetarły z niej warstwę ziemi i ujrzały wyrzeźbiony napis „ Moja droga Alice”. Otworzyły ją. Wyskoczyła z niej mała laleczka, której najprawdopodobniej szukał klaun.

- Nazywasz się Alice, jak mniemam – rozpoczęła Ross.

- To wy przyszłyście mnie stąd wypuścić, prawda?

- Tak. Mamy ciebie zabrać do klauna. Chce się z tobą spotkać.

- Mój tatuś was tutaj wysłał?

- To jest twój tato? – Zapytały jednocześnie, okazując duże zdziwienie.

- Przyszywany. Ale on naprawdę się o mnie martwi! – krzyknęła z radości mała laleczka.

- W takim razie nie ma chwili do stracenia. Chodźmy!

~

     - Cześć dziewczyny! – zawołała Non do ciał Ross i Joy.

- Chciałybyście pójść ze mną po szkole na lody?

- Czemu nie! – krzyknęły zgodnie.

- To jesteśmy umówione! – powiedziała równo z dzwonkiem wzywającym na lekcję.

Uczniowie rozeszli się do swoich klas. Non uszczęśliwiona usiadła do swojej ławki, w której siedzi już całe trzy lata. Biologia. Jej ulubiony przedmiot. Wyciągnęła pośpiesznie zeszyt, po czym zapisała temat.

Pozwoliła sobie „odpłynąć” do swoich myśli i marzeń, ponieważ przerobiła tę lekcję już cztery tygodnie temu.

- Zadam im dzisiaj wiele pytań, może dowiem się ciekawych rzeczy… Jestem taka szczęśliwa!

~

         Wesołe miasteczko wyglądało dość … dziwnie i zmieniło się od ostatniej ich wizyty. Nabrało kilku kolorów, przywitało je wiele zwiedzających. Na ogłoszeniu było napisane, że dziś jest „Dzień Powrotu”. Pewnie chodziło o powrót małej Alice. Ale dlatego takie wielkie zamieszanie powstało z tego powodu?

         Zaraz po przyjściu dziewczyn odbyło się huczne powitanie. Wszyscy śpiewali, tańczyli, bawili się. Zaś nasze przyjaciółki odzyskały Kimiego, który z radością powitał nowego członka ich grupy – Riku, po czym odeszły w centrum miasta.

~

     Po lekcjach spotkały się w lodziarni.

- Może powiecie coś o sobie, co? – zapytała Non z nadzieją, że dowie się o nich tego, czego chciała.

- Mamy wiele zainteresowań, większość to wspólne…

- Tak ???

- Na przykład… hmm …

- Pisanie opowiadań! – krzyknęła Ross prosto w twarz przyjaciółki.

- Tak, lubimy razem pisać powieści przygodowe. Mamy nawet jedno konto na stronie internetowej, gdzie razem piszemy – wyjaśniła Joy.

- Pływamy razem, mieszkamy, gramy w siatkówkę .

- Dlaczego mieszkacie razem? – zapytała Non pełna podziwu i zdziwienia.

- Przyjęli mnie pod swój dach – zaczęła Joy. Rodzice zginęli w wypadku samochodowym, a moja najbliższa rodzina mieszka za granicą. Nie pytaj o szczegóły.

         Nastała niezręczna cisza, lecz co jakiś czas przerywały ją dzieci grające w berka.

P- przepraszam… Nie chciałam… Przykro mi – wykrztusiła Non.

- Nic się nie stało, skąd miałaś wiedzieć – powiedziała Joy i uśmiechnęła się delikatnie.

- Mam pytanie … Czy wy jesteście tymi sławnymi dziewczynami, które walczą z koszmara…

- Tak? – przerwało jej pytanie Ross, która odebrała telefon od swoich rodziców. – Dobrze. Już idziemy.

- O co chodzi? – zapytała Joy.

- Musimy wracać. Po południu mamy gości. Przepraszamy Non, ale niestety musimy już iść. Dziękujemy za mile spędzony czas – powiedziała z uśmiechem Ross – Pa!

- Wielka szkoda, pa! – powiedziała, nie ukrywając swojego rozczarowania. „Mam wielkiego pecha” – powiedziała w duchu            i wróciła do domu.

~

     - No dobra. Wracamy do domu – potwierdziła Joy i zniknęły za wielkimi drzwiami. Pojawiły się na środku pokoju, gdzie stały ich ciała. Po postawieniu pierwszego kroku, dusze wróciły do ciał. Wszystkie wydarzenia, które dzisiaj zaszły ukazały się w ich głowach.

- Dostałam piątkę z historii! – To na koniec roku może będzie mocna czwórka! – krzyknęła z zadowolenia Ross.

- Poczekaj … Czemu my się spotkałyśmy z Non? Zaprosiła nas na lody? Przecież my jej tak naprawdę nie znamy! Bez sensu … Dobrze, że nic jej nie powiedziałyśmy …

- Na całe szczęście!

- Dobra, nie przeszkadzam już tobie, idę do mojego pokoju na drugim piętrze. Fajnie, że twoi rodzice przygotowali dla mnie ten pokój. Przynajmniej nie oglądam twoich dziwnych seriali – powiedziała z uśmiechem Joy, po czym pospiesznie wyszła z pokoju.

- Nie znasz się ! – krzyknęła Ross, która padła wycieńczona na łóżko.

Po chwili wyciągnęła swój pamiętnik i pokrótce napisała:

„ Drogi pamiętniczku ”

„Jestem wykończona, ale szczęśliwa. Przez kilkanaście godzin walczyłam u boku Joy, pomagałam, wędrowałam, świetnie się bawiłam. Znalazłam nowego „pomagiera”, Riku.”

Spojrzała na niego.  Rozglądał się po wielkim pokoju, dotykając wszystkiego co możliwe i co wydało mu się ciekawe. Jego wielkie, różowe oczy, krótkie łapki i nóżki chciały wszystko obejrzeć po kolei.

„Jest słodkim, małym stworkiem. Dzisiaj – w realnym świecie – dostałam piątkę z historii! Może będę miała szansę na czwórkę na koniec roku! Jaka jestem z siebie dumna!”

     Przerwała pisanie, ponieważ Riku trzymał w ręce jej ulubioną czekoladkę. Znalazł jej schowek na słodycze.

- Odłóż to! W odpowiedzi usłyszała tylko ciche beknięcie.

- Zjadłeś moją czekoladę! Teraz pójdziemy do sklepu i mi ją odkupisz! – powiedziała lekko rozbawiona sytuacją i zaczęli się ganiać po całym pokoju.

Joy zaś już w piżamie, siedziała i oglądała swój ulubiony film „Obrońcy Galaktyki 4”. W myślach cieszyła się, że może już w końcu odpocząć. Podzieliła się z Kimim popcornem i oboje po chwili zasnęli.

         Całe miasto spowiło się w mroku. Dwie bohaterki nie dostały już żadnego wezwania, więc mogły odpocząć. Błyszczące gwiazdy zaś, obudzone przez księżyc, pojawiły się na czarnym niebie.

                                                                    Berenika Piaśnik kl 6b

 

              

 

 

                     Rozdział II – powieść Weroniki Kęskiej z kl. 6b

 Réamonn prychnął, obserwując jak lis zakrada się do pobliskiego straganu, spoglądając na znajdujące się tam stalowe sztylety, niedrogą, acz zabójczą broń.

 Złodziej zesztywniał, czując na sobie wzrok basiora. Ostrożnie odwrócił się, spoglądając ukradkiem na ukrytego pod kapturem lazurowej peleryny wilka, by po chwili czmychnąć. Labhraidh rozważał przez chwilę pogoń za nim, jednakże zrezygnował. Powód był, rzecz jasna, oczywisty – po co biec za lisem, skoro on zna o wiele lepiej to miejsce?

 Pokręcił głową z politowaniem i prawie zawarczał, kiedy obok niego pojawiła się Carsaquea. Kremowa wilczyca tylko wymamrotała:

- Miej lisa za druha, on sprawi, że cały świat cię wysłucha.

- Oczywiście – zadrwił. – Bo każdy wysłucha lisa i wilka Glaciesa; zwłaszcza, gdy jesteśmy u schyłku wojny z nimi. Niewątpliwie, będą przed nami drżeć ze strachu.

- Źle mnie zrozumiałeś, Mathghamhainie. –  mruknęła.

- Niestety, rozczaruję cię, wadero. Umiem czytać między wersami. – powiedział, stukając pazurem głowę wilczycy.

Carsaquea westchnęła tylko i odeszła, zostawiając Labhraidha samego ze swoim pogardliwym uśmieszkiem na pysku.

~ ~ ~

 Złapał kłami za kark wilczura i podrzucił go w górę, a gdy spadł – zmiażdżył tchawicę, co poskutkowało zgonem wroga.

- Leohandrosie, ty draniu! – warknął biały wilk spoglądając na niego z nieukrywaną wściekłością. – Jesteś aresztowany z rozkazu samego króla!

- Ah, spójrzmy – zadrwił. – Czyż to nie sam generał Amarant? To żałosne, wysyłać kogoś tak słabego przeciwko mnie.

 Brązowy wilk, którego plecy zdobił solidnie wyglądający miecz, wykrzyknął do swoich kompanów, zdenerwowany słowami Leohandrosa:

- Przynieście mi jego głowę!

 Trójka basiorów wybiegła z szeregu w stronę niczym się nie przejmującego, smolistego basiora, który łapiąc za klingę swojego orężu, zarył ziemię, by wzburzyć tuman kurzu, który chwilowo zmylił napastników. I korzystając z nadarzającej się okazji, wbił miecz w glebę wskakując na niego, aby mieć możliwość wyższego wyskoku i przy tym okazję do zabrania swego ostrza.

 Dwa wilki skoczyły za nim, jednakże trzeci pozostał na ziemi, aby mieć możliwość złapania przestępcy, gdy spadnie.

 Leohandros zamachnął się mieczem, przecinając kark jednego i popychając go przy tym w stronę nadlatującego, który, poprzez zderzenie ze swoim, już nie żywym, kompanem, spadł na ziemię. To samo uczynił basior, jednakże zachowując przy tym grację.

 Na polu walki nastała cisza, przerywana jedynie oddechami znajdujących się tam postaci, gdy nagle brązowy wilczur – ten sam, który wołał o jego głowę – wybiegł na wprost niego z mieczem.

 Klingi skrzyżowały się. Snop iskier zalśnił na tle pochmurnej nocy, ujawniając zaciętą minę vice generała, oraz Leohandrosa, na którego pysku widniał ironiczny uśmieszek.

 Odskoczyli od siebie, by po chwili znów zaatakować. Powtórzyli tą czynność kilkanaście razy, jednakże, gdy znów się krzyżowali, czarny wilczur zaczął tylną łapą rysować okrąg na ziemi, skąd po kilku sekundach zaczęło jarzyć się błękitne światło.

 Leohandros odskoczył na bezpieczną odległość, skąd podziwiał swoje dzieło. Miejsce, gdzie stał jeszcze kilka chwil temu, teraz było dosyć… zniszczone.

 Gdy nagle poczuł przeszywający ból w okolicach klatki piersiowej. Skierował tam wzrok. Mruknął coś niewyraźnie i natychmiastowo został odrzucony.

 Brunatny wilk prychnął, kiedy usłyszał warknięcie. Natychmiastowo odwrócił się i kraniec miecza skierował w stronę z której nadszedł dźwięk.

 Leohandros złapał skraj oręża kłami, nie zwracając nawet uwagi, że z pokaleczonego pyska wycieka krew, położył przednie łapy na klindze i odbił się od niej.

 Jego napastnik rozejrzał się wokoło, kiedy zasłyszał porywisty wiatr. Oszołomiony nie poruszył się, gdy nagle przypomniał sobie jedną, ważną rzecz. Leohandros był wilkiem Kuraudo. Wilkiem Powietrza.

 Była to ostatnia rzecz, jaką pomyślał, nim został zabity.

 Basior wyłonił się z lasu, a jego sierść powiewała w niekontrolowany sposób. Każdy ze znajdujących się tam, mógł poczuć szybko opadającą temperaturę, jednakże nie przejęli się tym – ruszyli do ataku.

 Leohandros – będąc pod wpływem furii – nie kontrolował swoich ruchów. Dwa wilki, które rzuciły się na niego z dwóch stron, zderzyły się, gdyż Handros niedbale się schylił. Następny – szary o zielonych oczach w skórzanej zbroi, został podrzucony do góry w związku z czym uderzył w trójkę kolejnych.

- Stójcie, głupcy! – wrzasnął generał. – Nie rozumiecie, że to na niego nie działa?! Nie można atakować go od przodu!

 Podwładni, jednakże, jakby go nie słyszeli – wciąż rzucali się na pewną śmierć, atakując.

 Leohandros, widocznie uznał, iż pora zakończyć zabawę i zamachnął się swoim mieczem tworząc błękitną falę powietrza, która odepchnęła atakujących.

- Generale, musimy się wycofać! – wykrzyknął jeden z żołnierzy w stronę przywódcy. – Jesteśmy rozbici!

- Dobrze, uciekaj sobie, tchórzu! – ryknął na niego. – Ale nie chcę zobaczyć więcej twojego pyska!

 I ruszył w stronę walczących, by po dobiegnięciu wykrzyknąć w stronę czarnego basiora:

- I co?! Jesteś z siebie zadowolony?

- Przepraszam – wymamrotał, czym zdziwił śnieżnobiałego wilka, po czym uśmiechając się gorzko wysyczał: - Ale od wszystkich słyszę tylko – atakujcie Leohandrosa, szybko, pokonamy go! To się robi już niczym przedstawienie – cały czas to samo, zawsze wygrywam ja, przegrywacie wy.

- Nie waż się ze mnie kpić! – warknął biały wilk, pokrywając się seledynową poświatą, po czym uderzył łapą w ziemię, która rozstąpiła się pod wpływem ataku odsuwając czarnego basiora, który, teraz już na powrót pokryty błękitną łuną, skupił się na walce i zawył przeciągle w stronę nieba, by po chwili znów zerwała się wichura, otaczając wilka powietrzną zbroją.

 Ruszyli w tym samym momencie, rzucając się do gardeł.

~ ~ ~

 Labhraidh spokojnie kroczył leśnym traktem, kierując się w stronę Bursztynowego Potoku – wilczo-lisiej osady, a następnie do stolicy. Jego opanowanie było spowodowane ukryciem znaku Bractwa Antrovis, które, jakże mądrze, utworzyło swój znak na pysku basiora.

 Przystanął, gdy usłyszał turkotanie powozu. Skierował swój wzrok w stronę źródła dźwięku, skąd, zza górki, wyłonił się wóz zaprzężony w wiwernę.

 Gad był, co najwyżej, długości trzydziestu czterech łap*. Jego brunatno-czerwone łuski mieniły się pod wpływem słońca. Ogon zakończony ostrym kolcem był w dole, jednakże nie ciągnął się po ziemi. Para błoniastych skrzydeł tkwiła złożona, a nawet jeśli zostałyby rozłożone – nijak wiwern nie wzleci, ponieważ ciężar powozu by mu na to nie pozwolił. Majestatyczny łeb trzymał w górze, jakby chciał coś udowodnić.

 Wozem powoził podstarzały wilk. Zmęczony wzrok, blizny i niechęć do życia nie spowodowały żadnej reakcji ze strony Réamonna. Przyzwyczaił się do tego widoku, gdy był młody; często wilki z Bractwa wyruszały na wyprawy, aby odbić swoich, a gdy znajdowali martwe, zmasakrowane ciała – przywozili, aby pochować je zgodnie z panującymi zasadami.

 Starzec pociągnął z lejce, aby zatrzymać gada, po czym odparł, mało przyjemnym dla ucha głosem:

- Co tu robisz, młodzieńcze, w sercu boru? Czyżbyś nie zasłyszał, że tymi traktami postępuje Leohandros? – nie dając odpowiedzieć Labhraidhowi, kontynuował – Ah, właź na wóz, niebezpiecznie w tych czasach wędrować samotnie.

*łap – miara wykorzystywana w Sialunie. Wynosi 13cm.

 Mathghamhain wskoczył na środek transportu. Tylko skorzysta. Odwrócił się w kierunku nieznajomego, pytając gdzie zmierza.

- W stronę mieściny, powinieneś znać, Rzeczna Puszcza. Jednakowoż będę zmuszony zostawić cię tam samego, bo w kolejną podróż powinienem udać się sam.

 Réamonn kiwnął głową. Mimo, iż pokrzyżuje mu to trochę plany, będzie bliżej swojego celu. A Carsaquea niech się trapi. Prędzej czy później i tak dowie się gdzie jest.

 

                                                                                   Weronika Kęska kl. 6b

Comments